Ostatnie wpisy
Zakładki:
Uwaga! Kopiowanie zdjęć
i treści zawartych na blogu jest niezgodne z prawem i surowo zabronione. Moja archeopasja
Tu zaglądamy:
Warto przeczytać
Zobacz:
Tagi
|
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Sytuacja pilna bardzo
Właśnie odkryłam w kociopodwórkowej skrzynce bardzo pilną wiadomość. Wraz z jej nadawczynią – Panią Martą – bardzo proszę o pomoc. Pani Marta napisała tak:
Lepiej, że jest w schronisku a nie na ulicy, ale... Jeśli tylko możecie, roześlijcie tekst i zdjęcie, gdzie tylko się da. Oto fota:
środa, 28 grudnia 2011
A na imię ma teraz Balbina
Nowa opiekunka, do której Balbina trafiła tydzień przed Świętami, napisała mi o kotce: "Jest spokojna i myślę, że szczęśliwa". Na pewno jest szczęśliwa :) Wystarczy popatrzeć na zdjęcia kocicy. Muszę jeszcze dodać, bo to bardzo ważne, że sterylizacja kotki, przeprowadzona w lecznicy Gdańska 81, została sfinansowana przez łódzką Fundację Niechciane i Zapomniane - SOS dla Zwierząt. Jak zwykle mogliśmy na nią liczyć. A ja ponownie przeznaczę dla niej swój 1 procent. Jeśli wolno mi podpowiedzieć, to podpowiadam - zróbcie to samo :)
Balbina. I śliczna, i szczęśliwa.
wtorek, 27 grudnia 2011
Mikołaj był na podwórku :)
Tę notkę zaczęłam pisać 12 grudnia. I nie dokończyłam. Pojęcia nie mam dlaczego, bo jest bardzo ważna, dziękczynna i po prostu o dobroci ludzkiej. Dokończę ją więc teraz, a potem - obiecuję - nadrobię wszelkie inne zaległości. Tak więc... Mikołaj był na podwórku... A nazywa się: Pani Beata. I przywiózł łódzkim futrzakom 7 kg suchej karmy :) Teraz przywiezie jeszcze styropian do uszczelnienia skrzyni, w której pewnie będzie zimować Ryś. Diabła, Mandaryna i Miłą podejrzewamy o plan zimowania w kuchni Janki. Diabeł już się zresztą przestawił na zimowanie, jak mi powiedziała tuż przed Świętami Janka. Ryś też mógłby, ale to honorny chłopak i konsekwentny. Tylko... o co mu chodzi?
- Której płacz powalił i mnie, i córkę – napisała mi jakiś czas temu Pani Beata. - Maleństwo Poza tym po znalezieniu Skarpety, Pani Beata zbudowała w swoim ogrodzie budkę dla bezdomnych kotów. - Nigdy nie wiadomo, może akurat jakiś „przechodzień” będzie potrzebował noclegu? - napisała mi w kolejnym mailu. - Mamy w okolicy trochę kotów, które karmią sąsiedzi, zimą nawet niektórzy wpuszczają je do domu, ale nigdy nie wiadomo. Nasza Frota-Skarpeta nie spadła przecież z nieba... Jest już coraz większa - na szczęście nie mieści się już do otworu pod wanną :) Natomiast bardzo lubi pakować się do pralki - już raz Tata ją stamtąd wyciągnął, całe szczęście, że przed włączeniem.
Frotka
Największym miłośnikiem kotki jest zdaje się Tata Pani Beaty. Wprawdzie narzeka, że kicia jest „równie nieposkromiona co ładna, ale ponieważ mówi to z uśmiechem, więc wyraźnie widać, że jest 'wzięty' i kota ma absolutnie już stały adres.”
Niestety, mam jeden: pozbyć się firanek ;) , ale obawiam się, że to akurat nie przejdzie. Czy ktoś potrafi coś w tej sprawie podpowiedzieć? W kolejce czekają: wieści z Wrocławia, potrójne z Łodzi, z Paryża i... z Rosji (to nowość, którą mi przesłała Basia Deroin). Nowe sesje zdjęciowe miały też zrobione nasze emigracyjne
Zdjęcia: Beata Sikirycka
sobota, 24 grudnia 2011
Świątecznie i serdecznie :)
Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie Magda - znów mnie wyręczyła i zrobiła tę kartkę świąteczną. Zamieszczam ją zatem z najgorętszymi i najserdeczniejszymi uściskami dla wszystkich Czytelników Kociego podwórka :)
Aaaaa... zapomniałam powiedzieć: Tekla ma dom. To superwiadomość na gwiazdkę :) O niej i o wielu innych wydarzeniach wkrótce napiszę :)
czwartek, 08 grudnia 2011
Oszust, naciągacz i uciekinierka
W życiu bym nie pomyślała, że takie przydomki mogą zyskać koty z Kociego podwórka. A jednak. Jestem po kilku kolejnych skajpowych rozmowach z Janką. Te przydomki to ich efekt. Ale, po kolei: na podwórku wszystko gra. Karmy jest dostatek, bo ostatnio zrealizowałyśmy duże zamówienie w naszym ulubionym sklepie zoologicznym w Łodzi, a właściciele sklepu od siebie dorzucili jeszcze dwa kilogramy suchej karmy (koty bardzo dziękują :) ). Tylko że ostatnio niektórym futrzakom co i rusz coś odbija. Nie może być za spokojnie, prawda? Trójka tych kocich oszołomów to Tot, Rys i...
A wygląda to tak. Kilka razy dziennie Ryś stawia się na kuchennym parapecie, zasiada na nim „twarzą do środka” i wgapia się na ludzi w kuchni. Patrzy tak długo i namolnie, że w końcu każdemu (Jance, Łukaszowi albo Panu Ryszardowi) mięknie serce i przychodzi do głowy myśl, że może Ryś nie załapał się na śniadanie i jak dadzą Rysiowi coś jeść, to przestanie ich tak hipnotyzować spojrzeniem. Nie raz i nie dwa zdarzało się więc, że kiedy Janka wracała z pracy Pan Ryszard meldował jej: - Nakarmiłem Rysia. - Ja też go przecież karmiłam - odpowiadała Janka. A potem okazywało się, że Ryś dostawał jeszcze coś i od Łukasza. Bo też mu wyglądał na głodnego. Podobnie bywa z kolacją. Ponieważ koty na Kocim jadają regularnie dwa razy dziennie, zdarza się, że Ryś dostaje nawet cztery, sześć razy. W zależności od tego, ilu członków Rodziny Janki zdoła naciągnąć na dodatkowe porcje. - Ale choć tak je, to nie widać tego po nim. Nie jest chudy, ale też nie jest gruby. Taki w sam raz. Najwyraźniej sprawia mu przyjemność, kiedy tak nami manipuluje - śmieje się Janka. I nie zamierza oszczędzać na karmie dla Rysia. Widać Ryś takiego częstego karmienia potrzebuje. A dlaczego kocur udaje Rycerza? Kiedy już tak się załapie na dodatkowe racje żywnościowe u Janki chodzi syty. I nawet Miłej nie odgania od miski. Opowiadała mi Pani Ewa z Małego Podwórka - ta, dzięki której można było prawie rok temu pomóc Jasnej i jej ślicznym dwóm córeczkom. - Czasami wynoszę im jakieś skrawki kurczaka, czy wołowiny z rosołu. Nie za często, żeby nie przeszkadzać Pani Jance i nie zaburzać kotom pór karmienia. Wtedy chętna do poskubania jedzenia jest zawsze Miła. A Ryś po rycersku siedzi i patrzy jak ona zajada - zachwycała się Pani Ewa. Nie wiedziała wówczas nic o niecnych praktykach Rysia. A Rysiowi nietrudno było o rycerskie zachowanie, kiedy miał pełny brzuch, prawda? :) No, ale w końcu mógł przecież Miłą odpędzać tak dla sportu, albo ze zwykłej kociej złośliwości, a tego przecież nie czynił...
Ale Tekla nie miała ochoty szybko wracać. Dopiero gdy się wyszumiała i podmarzł jej ten koci tyłek. Najwyraźniej trzeba będzie uzupełnić notkę na portalu łódzkiej Gazety, w okienku "Przygarnij zwierzaka" o informację, że dla tej małej przydałby się dom z ogródkiem... Chyba że mała się uspokoi po sterylizacji, którą ma załatwioną dzięki Pani Kasi z Fundacji Niechciane i Zapomniane.
piątek, 18 listopada 2011
Taką jesień koty lubią
Z Monte Urgull taki jest widok na zatokę. Trochę kiczowaty, ale sama natura ten kicz stworzyła.
Ale nie w samym San Sebastian. Tu było mokro, ponuro i... ciepło. 17-18 stopni. Koty z Monte Urgull poukrywały się przed deszczem w zabytkowych ruinach twierdzy i spokojnie przeczekały niepogodę. Żaden nawet kataru nie dostał. A w ładne dni wylegują się w słońcu i leniwie obserwują turystów, których jakoś nie ubywa.
Rozkrzyczana zwykle szylkretka tym razem drzemała na gałęziach drzewa - tuż nad kilkumetrowym urwiskiem pod którym rozlokowało się boisko szkolne.
Zawsze dostaję gęsiej skórki, kiedy podchodzi do nas po tych chwiejących się nad urwiskiem gałęziach. A podchodzi zawsze, bo widzi w moich rękach torebkę z jedzeniem. Zawsze przy tym głośno do nas zagaduje.
No, kocica już na ziemi. Odetchnęłam z ulgą.
Szylkretowa Sówka z Kociego podwórka w Łodzi, która jest teraz u Justyny i Arka, miała zabawne umaszczenie. Zawsze wydawało mi się, że bardzo rzadkie - te różne rękawki na przednich łapkach... A tu proszę, jeszcze jedna panienka, której się kolory pomieszały :)
Na jednej z gałęzi koło szylkretki drzemał sobie tym razem ten cudowny, stalowy kocur (o, popatrzcie, w prawym dolnym rogu jest to boisko, o którym pisałam chwilę wcześniej). Jest niesamowicie ufny i przyjazny. Na nasz widok natychmiast wrócił na ziemię i zaczął ocierać się o moje spodnie.
Ja nie wiem, co mu się porobiło z ogonem na tym zdjęciu. W naturze ogon tego kocurka jest równie stalowy jak reszta futra, a tu... wyszedł dziwny jakiś - dużo ciemniejszy i nawet wpada w brąz.
Zza płotu oddzielającego nas od urwiska (jest za nim jeszcze z pół metra pochyłego stoku a potem już niemal pionowa ściana) wyglądała do nas jeszcze jedna śmiała kocia dusza. Magda orzekła, że to tutejsza dzika Furia. Ależ ma mroczne spojrzenie... ;)
No proszę, niby dzikuska, ale wyszła do nas i czuła się zupełnie swobodnie. Chwilę wcześniej porozstawiała za parkanem po kątach kilka innych kotów, bo pchały się do tego jedzenia, które ona chciała skosztować. Karmę wysypujemy kotom w tych miejscach, w których zawsze dostają jedzenie od swojej stałej opiekunki. Czyli za parkanem, żeby żaden pies ich nie zaskoczył. A psów tu jest mnóstwo, nie wszystkie na smyczy i nie wszystkie kotolubne.
Magdzie udało się podejrzeć stalowego kocura podczas jedzenia naszego suchego. Innych kotów, a było ich z tymi trzema na zdjęciach w sumie osiem, nawet nie próbowała fotografować, bo płoszyły się.
No i na koniec dwa widoczki ze ścieżki. Tu patrzymy w dół, w stronę zatoki, a niżej, spoglądamy na Urgull
Zdjęcia: Magda Grabowska.
wtorek, 08 listopada 2011
Będzie wielkie odpchliwanie
- Koty miewają się dobrze, ale się drapią. Musimy je odpchlić - powiedziała mi Janka w niedzielę. Prawie godzinę rozmawiałyśmy na skajpie o mieszkańcach Kociego podwórka i ich potrzebach. Trzeba przecież przygotować się do zimy. A istotnym punktem tych przygotowań jest właśnie odpchliwanie. Nie można dopuścić, żeby koty zapchliły Jance mieszkanie, a zanosi się na to, że większość z nich zamierza u Niej przynajmniej nocować. To oznacza, że najpierw - po operacji odpchliwania - wszystkie będą na Nią ciężko obrażone. Całą operację należałoby więc przeprowadzić jak najprędzej, żeby przed mrozami zdążyły się odobrazić.
Diabełek (wybaczcie, to zdjęcie z lata; na razie nie mam świeżych).
Jeśli chodzi o jedzenie, to niektóre koty zaczęły zachowywać się dosyć dziwacznie. - Któregoś dnia utarłam buraki – opowiadała mi Janka. - Podczas mieszania wypadło mi ich trochę na podłogę. Zanim zdążyłam to sprzątnąć, dorwał się do nich Totek. I zjadł. Coś takiego pierwszy raz widziałam. Mandaryn z kolei tak zainteresowany jest jedzeniem, że pozwala się już Jance regularnie dotykać, a żeby przypadkiem nie stracić posiłku wskakuje na parapet okienny w kuchni a potem przez uchylone okno wchodzi na parapet wewnętrzny i zasiada przy Jance szykującej talerzyki z jedzeniem. Miła wcina jak odkurzacz - wszystko, co się jej da. I bardzo dobrze. Jesienne i zimowe chłody to nie pora na grymasy. Tot częściej ma ochotę na resztki z wędlin (konsekwencja śmietnikowych upodobań), a Diabeł – jak to kot z ADHD. Wierci się, kręci, czasem na noc nie przyjdzie, ale jak tylko jest głodny, to od razu o tym mówi. Potem skubnie – mniej, lub więcej (jak ostatnio wszystkie) – i znów gdzieś gna. Niedawno Kocie podwórko odwiedziła Pani z Dużą Kraciastą Torbą, wypchaną oczywiście jedzeniem dla kotów. Okazuje się, że nadal krąży po łódzkich podwórkach i pomaga futrzastym bezdomniakom. Pisałam o Niej kiedyś w opowieściach o Furii, o której wtedy częściej mówiłyśmy Zielonooka. To właśnie Pani z Dużą Kraciastą Torbą nauczyła kotkę, że są ludzie i ludzie, że jedni - tak jak Ona - przyniosą jedzenie i pogłaszczą, a drudzy - których lepiej unikać - w najlepszym razie natupią. Tak sobie myślę, że Pani z Kraciastą Torbą przyszła na Kocie podwórko tak na wszelki wypadek, żeby sprawdzić, czy koty nadal mają tu opiekę. A Janka ponownie zapewniła Ją, że tak i że Furia również ma się u nas bardzo dobrze. A dlaczego tak rozpisałam się o Pani z Dużą Kraciastą Torbą? Bo powiedziała Jance, że i Ona zaobserwowała, że zwierzaki mają wyjątkowo duży apetyt. I też - jak Janka - obawia się, że na srogą zimę. Jak poradzi sobie z nią Czy Ryś zamieni zimne lokum w skrzyni na kuchnię Janki? To naprawdę ulubieniec całej Janki rodziny...
niedziela, 06 listopada 2011
Nowa zabawka, czyli koty patrzą na nas z góry
I najwyraźniej wszystkie to lubią. Nawet ten nasz najmłodszy – Henio. Ponieważ nasze mieszkanie w San Sebastian jest o jakieś 15 mkw mniejsze od tego w Łodzi, koty zaczęły nam tyć. Układ pokoi i mebli jest tu taki, że nawet porządnie pogalopować sobie nie mogą, bo od razu na coś by się nadziały. A ruchu potrzebują. Postanowiliśmy więc - po rodzinnej naradzie - kupić im „rascador”. To cokolwiek obce słowo, ale oznacza zwyczajny i swojsko po polsku brzmiący „drapak”. No, może nie zupełnie zwyczajny... bo drapak jest ogromny.
Kiedy kurier przyniósł nam paczkę z rascadorem do domu, koty drzemały na łóżku Magdy. Furia i Elek nie zareagowały na hałas. Tylko Henio zdawał się zastanawiać: wiać pod łóżko, czy poczekać na rozwój wypadków? Ostatecznie został - dzielny ;) Normalnie nie byłoby nas na takie cudo stać, ale w tutejszym Zooplusie była wyprzedaż. Kupiliśmy ten drapak za 50 proc. ceny, a w dodatku dołożyła się do niego Magda.
Nowa zabawka, choćby i w częściach, to rzecz godna uwagi. Zwłaszcza kiedy obcy poszedł i zostali sami domownicy...
Nawet starszyzna zainteresowała się wreszcie, dlaczego czołgamy się po podłodze i sapiemy skręcając coś dziwacznego. Nasze kotwory, a zwłaszcza Furia i Elek, z dystansem obserwowały Magdę i mnie, kiedy składałyśmy drapak. Zaciekawienia nie potrafił ukryć młody. Chwilę poleżał ze starszyzną na łóżku Magdy, a potem plątał się nam między rękami. Wszystkie części musiał obwąchać, w każdą dziurę zajrzeć. No i pierwszy zaczął to cudo oswajać.
"Co za licho?" zdają się mówić oczy Henia, który zajrzał najpierw do części z hamakiem.
Ooo, a co to? Poduszeczka z kocimiętką!?! Henio wykazał najwyższe zainteresowanie. Nic już się nie liczyło.
O, namiot. Co tu ciekawego?
No, przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem! Tylko... jak się stąd schodzi? Starszyzna, obserwująca wszystko spod przymrużonych powiek w końcu też nie wytrzymała. Najpierw Elek – ostrożnie i nieśmiało, jak to on. A potem, kiedy wyszłyśmy z pokoju – niejakie zainteresowanie drapakiem wykazała wreszcie i Furia. Najwyraźniej czekała na moment, kiedy nas nie będzie. Może nie podobały się jej komentarze, jakimi okraszałyśmy każdy wyczyn Henia i Elka? To prawdopodobne, bo kiedy wróciłyśmy do pokoju wiała z tego drapaka jakby ją kto gonił i chwilę później udawała, że ani przez moment nie interesowała się nowym sprzętem.
Elek w końcu nie wytrzymał. Coś tam szepnął Heniowi do ucha i przystąpił do lustracji drapaka.
Hamak, przy którym spotkał się z Heniem, nie przypadł mu do gustu. Co innego namiot...
W namiocie Elek zatrzymał się nawet dłuższą chwilę.
Potem zasiadł na półce nad namiotem i rozejrzał się dumnie.
On również dotarł na szczyty zwabiony poduszeczką z kocimiętką.
A kiedy mu ją zabrałyśmy, spojrzał na nas zawiedziony i jeszcze z lekka chyba oszołomiony.
Po chłopakach drapak obejrzała Furia. Coś jej się w nim nie podoba - spójrzcie na te "ostrożne" uszy.
Henio poczynania Furii obserwował z namiotu. Normalnie zaczaił się na nią. Smark jeden - zero respektu dla starszych... :(
No, wreszcie i Furia mogła zajrzeć do namiotu. Ostrożnie obwąchiwała każdy jego centymetr kwadratowy, a my cierpliwie oglądałyśmy jej zadek i "myślący" ogonek. Nie mogłyśmy doczekać się jej opinii
Kiedy się wreszcie wychyliła, od razu poszła do kuwety... Czyżby chciała nam w ten sposób coś powiedzieć? Teraz – po kilku dniach zaznajamiania się z nową zabawką – najczęściej i najchętniej korzysta z drapaka Heniek. Ja nie wiem, jak z tym swoim tłuściutkim, różowym brzuchem mieści się na tych naprawdę niewielkich półeczkach. A jednak. Potrafi na nich nawet spać i nie boi się, że zleci. Elek najbardziej upodobał sobie namiot. Wczoraj na wyścigi przegalopował do niego z naszej sypialni najwyraźniej ścigając się z Heńkiem. Ale namiot jest jednoosobowy. Heniek wyścig przegrał i został na podłodze. Ale kiedy Elek namiot opuścił, Henio stracił zainteresowanie tym schronieniem. Wskoczył na najwyższą półkę i obrzucił nas spojrzeniem zdobywcy.
Henio najwyraźniej docenił dziwne wyposażenie drapaka, ale podczas korzystania z niego miewa miny cokolwiek, hm..., dziwne?
Bąbel na górze, bąbel na dole. Ile tego jest? Biedny Henio nie wie, którym się bawić.
No tak, drapak chyba mu się trochę już znudził. Cała trójka uwielbia tak patrzeć na nas z wysokości. No i wreszcie ma trochę więcej niż zwykle ruchu. Ciekawe, kiedy te nasze kotwory zaczną gubić sadełko – zwłaszcza Heniowi by się to przydało... Zdjęcia: Magda i Joanna Grabowskie
środa, 02 listopada 2011
Mieliśmy gości z prezentami na Kocim...
W poprzedni weekend Kocie podwórko odwiedziła Pani Małgosia Kuczyńska. Oczywiście – swoim zwyczajem – przywiozła naszym podwórkowcom prezenty. Jakie? Naturalnie żarełko. 28 puszek Feliksa i worek suchego Friskiesa. Pani Małgosiu, w imieniu wszystkich naszych podwórkowców – Rysia, Diabła, Mandaryna, Miłej i Tota – serdecznie dziękujemy. Dziękuje również Tekla, zwana Kotencją, której szukamy domu, ale jakoś na razie bez efektu. Od ponad tygodnia jest na pierwszym miejscu w okienku „Przygarnij zwierzaka” na łódzkim portalu „Gazety” i nic. Nikt nie dzwonił w jej sprawie... W pełni zgadzam się z Łukaszem który wczoraj w mailu tak o niej napisał: „Szkoda ponieważ jest bardzo ładna, jej sierść się pięknie błyszczy i nie jest już tak wychudzona. W dodatku jest bardzo sympatyczna, wskakuje na kolana, dużo mruczy i czasem 'gada'”. A oto Tekla zwana Kotencją. Prawda że piękna? Tekla pozostaje więc póki co w domu Janki, na wspólnym kociopodwórkowym garnuszku, do czasu aż się szczęście do niej uśmiechnie.
O, a tu jeszcze jedna fotka ślicznej Kotencji. Pozostałe koty nie narzekają: „są zadowolone i w dobrej formie. Mają większy niż zazwyczaj apetyt. Oby nie oznaczało to szybkiego przyjścia zimy” – napisał jeszcze Łukasz. I przysłał zdjęcie (zrobione komórką więc prosi o wyrozumiałość) najwyraźniej „zadomowionej” w kuchni Miłej. Widać, że kocica zamierza przeczekać jesień i zimę pod dachem.
Miła. Ma śliczne zdrowe oczy i uśmiechnięty pyszczek. Widać, że operacja zębów bardzo jej pomogła, a dzięki opiece Janki i jej rodziny, nie męczy jej także koci katar. To tyle wieści na dziś. Same wspaniałe i dobre. Pani Małgosiu, jeszcze raz dziękujemy :) Zdjęcia: Łukasz Łucka
czwartek, 13 października 2011
Chats de Mongolie, czyli koty mongolskie
Skoro blog nam się trochę umiędzynarodowił, to chyba nie popełnię grzechu, jeśli dziś na Kocim podwórku zaserwuję Wam kilka zdjęć Basi Deroin, mojej koleżanki fotografki z Paryża, która wróciła właśnie z Mongolii. Basia sama napisała nam nawet o tej wyprawie kilka zdań – po polsku i po francusku, by nie tylko polscy Czytelnicy wszystko zrozumieli, ale i Jej francuscy znajomi, którzy do nas zaglądają. A jeśli francuski tekst jeszcze komuś się przyda, to tym lepiej. Kolejność materiałów będzie taka: tekst polski, zdjęcia, tekst francuski. Oto opowieść Basi:
Basia Deroin
Wulkan Uran Togoo. El volcan Uran Togoo.
Obozowisko Uran Togoo. Le camp Uran Togoo.
Kot Uran w obozowisku Uran Togoo. Le Chat Uran dans le camp Uran Togoo.
Kot Altan w obozie Altan Nutag. Le chat Altan dans le camp Altan Nutag.
Altan i mały Tygrysek. Altan et petit Tigre.
Rodzina koczowników. La famille de nomades.
Pozdrowienia z Mongolii.
Barbara Deroin Zdęcia: Barbara Deroin | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||