| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
sobota, 15 sierpnia 2009
Mandaryn, od którego wszystko się zaczęło

Mandaryn, fot. Magda GrabowskaZgłupieli ci ludzie. Nazwali mnie Mandaryn, a ja nie wiem, dlaczego. Coś tam gadali o zwisających wąsach, a mi nic nie wisi. Wąsy mam wspaniałe. Możecie zresztą sprawdzić na zdjęciu.

Jak mam dobry humor to nawet reaguję na tego ich Mandaryna.

Mieszkam na jednym ze śródmiejskich podwórek w Łodzi. Nie powiem dokładnie, gdzie, bo: po pierwsze nie znam adresu (i bez tego wiem, jak tu trafić), a po drugie ludzie, którzy się mną opiekują mówili, że to dla mojego i innych kotów bezpieczeństwa. Nie wiem, o co dokładnie im chodzi, ale może o takich, co mnie parę razy ganiali albo psami szczuli?

Podsłuchałem raz, że podobno na moim podwórku ode mnie zaczęła się jakaś kocia akcja. Skoro tak, to moja opowieść będzie pierwsza. A więc zaczynam:

Moją mamą jest Cykusia. Piękna i czarna jak ja. Tylko ciągle przestraszona. Krótko po moim urodzeniu zniknęła i nikt nie wie, co się z nią stało. Mną i moim rodzeństwem zajęli się ludzie. Brata nazwali Diabeł, a siostrę Pipa. Dziwacznie. Ale niech oni sami wyjaśniają, dlaczego.

Na podwórku jest nas dużo. Oprócz mnie, Diabła i Pipy są jeszcze: Elegantka, Tot, Rudzia, Zielonooka, Kisia i Rysio. Czasami wpada Cyklop, ale tylko wieczorem i zawsze wypłoszony jakiś. Poza tym w domu jednej z naszych opiekunek są jeszcze dwa takie małe i brzydkie bobki - Hela i Mela.

Z dzieciństwa pamiętam mało. Ale bardzo lubiłem taką jedną Magdę, która codziennie wychodziła mnie karmić. Któregoś dnia nie spodobały się jej moje piękne oczy, ale nie przestała mnie karmić. Sprowadziła za to swoją mamę, która długo się na mnie gapiła. Nie podobało mi się to, ale na szczęście sobie poszła. Nie miałem wtedy ochoty na nowe znajomości. Katar zatykał mi nos, przeszkadzał w jedzeniu. No i słabo widziałem, jak przez mgłę. Marzyłem tylko, żeby wrzucić coś do żołądka i znaleźć sobie cichy kąt w komórkach. Byłem już przy śmietniku, gdy nagle pojawiła się Magda z mamą i jakieś ich sąsiadki. Normalnie zaczęły polować na mnie. Coś tam mówiły, że chcą mnie do weterynarza jakiegoś zabrać. Ale ja wiedziałem swoje. I nie dałem się. Uciekłem.

Parę godzin później znów mnie znalazły. Chyba chciały przeprosić, bo przyniosły miseczkę z pysznym jedzeniem. Tylko dla mnie. Coś tam słyszałem, że dodały jakiś Unidox. Wtedy myślałem, że to przyprawa…

Po paru dniach tych miseczek z Unidoksem zrobiło mi się lepiej. W nagrodę pozwoliłem im nawet zbliżać się do mnie. I wiecie, co wtedy te wredne baby zrobiły? Złapały mnie! Do klatki. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, do czego służy takie druciane coś, do którego się wstawia jedzenie. Ale teraz już wiem. Jak podszedłem do miski w tej druciance, to zamknęło się za mną jedyne wyjście. Myślałem, że oszaleję. Co za wstyd. I strach. Najpierw karmią, a potem tak zdradziecko łapią! Nie wiedziałem, co ze mną zrobią. Strasznie się wściekłem. Ta klatka cała ze mną aż chodziła na boki. Chyba bały się, że coś sobie zrobię, bo nagle zobaczyłem, że drzwiczki klatki podniosły się i mogłem wejść do takiego ciemniejszego miejsca. Teraz wiem, że to kontener. Uspokoiłem się, bo lubię ciemność. Łatwiej mi się wtedy myśli. Ale nie dały mi tak długo siedzieć. Powiedziały, że teraz pojadę taksówką i żebym nie nabrudził, bo będzie wstyd. A niech się wstydzą. Tylko, że akurat nie chciało mi się ani siku, ani kupy. Jak na złość. Tą taksówką zawiozły mnie do miejsca, które nazwały Cztery Łapy. Magda wyjęła mnie z kontenera i postawiła na taki wysoki stół. Przyszła jeszcze jedna kobieta, w czymś takim niebieskim. Teraz wiem, że to doktor Justyna. I wiecie, co się stało? Wszystkie siły mnie opuściły. Rozpłaszczyłem się na tym stole, jęknąłem słabo i popuściłem ze strachu. Ale nikt nie krzyczał, ani się nie śmiał.

Pani doktor - tak do niej mówiła Magda - wytarła mnie i moje siuśki i zaczęła dotykać. Tak delikatnie, miło. Ale oburzyłem się gdy mi zajrzała pod ogon i wetknęła tam szklaną rurkę. A ja? Ruszyć się nie mogłem i tak mi się źle robiło.

Potem ta doktor powiedziała, że nie mam już kociego kataru, Unidox pomógł, można mi go więcej nie podawać i że teraz warto mnie odrobaczyć i zaszczepić przeciwko grzybicy, bo coś tam znalazła na moich uszach. Zanim zdążyłem pomyśleć, co to wszystko dla mnie znaczy, szybko włożyła mi coś do pyszczka. Ani się obejrzałem, jak to połknąłem. A kiedy potem zastanawiałem się, co to było i jaki miało smak, coś ukłuło mnie w pupę. Byłem w szoku, ale na szczęście szybko znowu włożyli mnie do kontenera. I znowu pojechałem, ale już nie taksówką tylko autobusem. Tam było bardzo dużo ludzi i strasznie się bałem.

Marzyłem, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. Chciałem wrócić do mojej komórki. Nic z tego. Trafiłem znowu do klatki. Takiej dużej, w domu pani Janki. I wiecie, kogo w tej klatce spotkałem? Kisię i Carusa! A co było dalej opowiem wam innym razem.

Mandaryn, fot. Magda Grabowska

Mandaryn, fot. Magda Grabowska

13:54, joannagrabowska_net , Mandaryn
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 sierpnia 2009
Co to będzie?

Oczywiście koci blog, jak w tytule.

Dzień po dniu będę tu spisywać historie kilkunastu kotek i kocurów, które zamieszkały na jednym ze śródmiejskich łódzkich podwórek. Na moim podwórku. Stworzyły tak zgraną kocią społeczność, że trudno jej nie podziwiać. Ludzie tak nie potrafią. Sami się przekonacie.

Kotami opiekują się dwie rodziny. Mojej sąsiadki - Janki i moja. Pomagają nam: Fundacja Kocia Mama i lekarze z dwóch lecznic - Cztery łapy i Pies czyli kot.

Blog dopiero powstaje. Poza kocimi opowieściami znajdą się na nim: * porady zaprzyjaźnionych weterynarzy, * ciekawe teksty o kotach - naukowe i całkiem ciekawostkowe, * galerie zdjęć, * rubryka "kto podzieli się ze mną domem?" i * teksty o tzw. trudnych kocich adopcjach.

Co jeszcze tu będzie? Wszystko, o czym zechcecie czytać. Mogą to być także historie Waszych kotów i ich zdjęcia. To w końcu kocie podwórko ;)

Czego tu nie znajdziecie? * Zdjęć kotów w czapeczkach mikołajowych, różowych kokardkach i innych cudach stworzonych ku uciesze człowieka; * obraźliwych wpisów i przekleństw - będę bronić ten blog przed wszechobecną w internecie agresją i wulgaryzmami.

Ten blog pomoże mi prowadzić kilka osób: * Dorota Szczepańska, która zadba o stronę techniczną i o to, żebym niechcący czegoś nie rozsypała, * fotoreporterzy z łódzkiej "Gazety Wyborczej", którzy do kociej galerii udostępnili mi swoje niezwykłe "kocie" zdjęcia i obiecali następne, * Janka z rodziną - dostarczyciele wielu ciekawych spostrzeżeń z poranków, kiedy koty buszują pod ich oknami i * moja córka Magda, która niezmordowanie robi zdjęcia naszym podwórkowcom.

A ja nazywam się Joanna Grabowska, jestem redaktorką i dziennikarką łódzkiego oddziału Gazety Wyborczej. Jeśli ktoś zechciałby do mnie napisać, zapraszam: kociepodworko@gazeta.pl

1 ... 36 , 37 , 38 , 39 , 40