| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
piątek, 16 lipca 2010
Nie ma już Rudzi

Rudzia. Fot. Magda Grabowska

Wczoraj krótko przed godz. 20 podjęłyśmy z Janką decyzję o uśpieniu Rudzi. Czujemy się z tym okropnie, ale nie chciałyśmy się dokładać do jej udręki.

Rudzia. Fot. Magda GrabowskaDokładać się, bo najprawdopodobniej ktoś nakarmił Rudzię jedzeniem z jakimś żrącym środkiem. Mocznica była jednym z efektów zatrucia. Nie wiadomo, czy udałoby się kotkę z niej wyciągnąć, ale można by próbować. Prawdziwym problemem był pyszczek. Doktor Justyna z Czterech Łap, gdzie przenieśliśmy Rudzię na leczenie, powiedziała, że pyszczek kotki to jedna wielka rana, a przy żuchwie był jeszcze dziwny guz, może ropień. Przez cały dzień sączyła się z niego krew. W nocy prawdopodobnie też, ale w Lancecie - kiedy Janka rano odbierała stamtąd Rudzię - nic nam o tym nie powiedziano. Przy najmniejszym dotknięciu pyszczka Rudzia bardzo cierpiała. I była już bardzo słaba. W ogóle się nie poruszała. Doktor Justyna powiedziała nam, że obrażenia są tak duże, że kotka nie będzie miała możliwości samodzielnie jeść i pić.

Zdjęcia Magda Grabowska

20:30, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Komentarze (10) »
czwartek, 15 lipca 2010
Rudzia ciężko chora

Na Kocim podwórku dzieje się za dużo. Nie nadążam z pisaniem, albo nie mam na to siły. Pani Aniu, Pani Zofio - wybaczcie, że do tej pory nie odezwałam się do Was. Zrobię to wkrótce. A dlaczego nie teraz?

Wczoraj Janka miała pojechać około południa z Rudzią do Czterech Łap. Wszystko było przygotowane, lekarze uprzedzeni. Podejrzewałyśmy, że wysiadają jej nerki, bo strasznie dużo piła, kiedy pojawiła się przedwczoraj u Janki w ogródku po kilku dniach nieobecności. Kiedy widziałam Rudzię w piątek podczas wieczornego karmienia, wydawało mi się, że wszystko z nią w porządku. Ale teraz martwię się, że w ciemności i skupiona na nakładaniu karmy na miski nie przyjrzałam się jej dokładniej. Potem zniknęła. Nie pierwszy raz więc początkowo to nas nie niepokoiło tak bardzo, a powinno. Kiedy Rudzia się pojawiła, wyglądała bardzo źle. W nocy z wtorku na środę Janka przetrzymała ją więc w domu, choć Rudzia trochę się buntowała. Była jednak tak słaba, że słaniała się już na łapach. Około 8 Janka chciała wpuścić do kuchni Tota na śniadanie. Zostawiła na moment uchylone okno i skorzystała z tego Rudzia. Po prostu uciekła.

Szukaliśmy jej - w różnych konfiguracjach osobowych - cały dzień. Na naszym podwórku i pobliskich. Obeszliśmy kilkakrotnie wszystkie ulubione miejsca kotki. O poszukiwaniach wiedziały wszystkie dzieci i wielu sąsiadów. Jedna z sąsiadek otworzyła nam nawet komórkę, do której wszedł zaciekawiony czymś Ryś (bo niektóre koty przyglądały się naszym poszukiwaniom) i myśleliśmy, że może wyczuł tam Rudzię. Wszystko bez skutku. Kotkę znalazł około północy (noc ze środy na czwartek) Łukasz. Próbowała przejść przez naszą ulicę. Niewiele brakowało, a wpadłaby pod samochód. Nie wiem, skąd miała na to siły, bo widziałam w jakim jest stanie kilkanaście minut później, ale wbiegła na nasze podwórko i ukryła się pod jednym z zaparkowanych samochodów. Janka z Łukaszem kładli się na ziemi, by ją spod niego wydostać. Obie z Janka wsiadłyśmy w taksówkę i pojechałyśmy z Rudzią do lecznicy całodobowej Lancet. Kotka była w strasznym stanie. Śmierdziała - nie ma na tę woń innego określenia, ciężko oddychała i bezgłośnie miaukała. Z pyszczka sączyła się jej wraz z tą cuchnąca śliną krew.

Pani doktor na nocnym dyżurze w Lancecie zajęła się nią wspaniale. Choć wiedziała, że to kotka bezdomna, założyła wenflon, podłączyła kroplówkę i podała inne leki. Wcześniej pobrała krew. Po godzinie zadzwoniła do nas, że to mocznica. Wskaźniki mocznika i kreatyniny są straszne (odpowiednio ponad 300 i 10). Nie robiła wielkiej nadziei, ale powiedziała, że szansa jest, tylko że kotka nie będzie już mogła mieszkać na podwórku. To był drugorzędny problem. Za najważniejsze uznałyśmy ratowanie. Rudzia została pod opieką lekarki do rana. Przed zmianą lekarzy rozmawiałam dziś jeszcze z Panią Doktor. Podziękowałam jej za pomoc i uprzedziłam, że zabierzemy Rudzię do Czterech Łap na dalsze leczenie. Wyjaśniłam, że nie stać nas na Lancet. Może nie wypadło to zbyt zręcznie, ale Pani Doktor obiecała przygotować wyniki Rudzi i informację, jakie zabiegi miała wykonane.

Janka odbierała Rudzię przed godz. 10, żeby od razu zawieźć ją do Czterech Łap, które otwierają się o 10 właśnie. Doktor Agnieszka w Czterech Łapach od razu wzięła kotkę (wcześniej uprzedziłam telefonicznie doktora Aleksandra o przyjeździe Janki z Rudzią), ale okazało się, że nie ma w łapce wenflonu, żeby dożylnie nadal podawać jej kroplówkę. Szkoda, bo dr Aleksander powiedział mi, że musi podawać kroplówkę podskórnie, bo żyły kotki są zapadnięte i nie można się w nie teraz wkłuć. Co to znaczy, nie muszę chyba tłumaczyć.

Zadzwoniłam do Lanceta z pytaniem, dlaczego wyjęli kotce wenflon. Usłyszałam, że sama go sobie wyrwała, a oni go tylko do końca wyjęli. Powiedziałam, że nie wierzę. Bo nie wierzę. Kotka nie miała siły poruszyć się a pyszczek ma poraniony nadżerkami. Położona w jednej pozycji nie zmieniała jej, a tu nagle wyjęłaby sobie wenflon? Nie wiem z kim rozmawiałam, z lekarzem, czy pomocnikiem czy z jeszcze kimś innym, bo choć się przedstawiłam, nie usłyszałam w słuchawce żadnego nazwiska. Powiedziałam jednak, że jestem oburzona, bo choć płaciłam za leczenie bezdomnej kotki, jak za domowego zwierzaka, Rudzia została najwyraźniej potraktowana źle. Powiedziałam temu komuś jeszcze, że nigdy nikomu nie polecę tej lecznicy (choć Panią Doktor z nocnego dyżuru - tak). I pożegnałam się, bo co miałam zrobić?

A jak się płaci w Lancecie? 193 zł zapłaciłam w nocy za pobranie krwi (morfologia, poziom mocznika i kreatyniny), wizytę i kroplówki. Może Rudzia miała jeszcze jakieś inne leki, ale tego nie wiem. Dziś rano Janka dopłaciła 57 zł - za przetrzymanie Rudzi w lecznicy (45 zł) i podobno jakieś dalsze leki (12), podane kotce już po naszym powrocie do domów. Nie wiem, nie dostałam specyfikacji rachunków. Nie potrafię więc powiedzieć do końca, za co płaciłam.

Nie wiem, czy uda się Rudzię uratować. Dr Aleksander w to wątpi - i szczerze powiedział mi to dzisiaj. Mam jednak wrażenie, że gdyby kotka dostawała kroplówkę bezpośrednio do żyły, miałaby większe szanse.

Dziś wieczorem wszystko się chyba zdecyduje. Ja mam dyżur w pracy, ale Janka ponownie pojedzie do Czterech Łap. Zabierze ze sobą także Chudzinkę - małą czarną kotkę, którą przyniósł z budowy kolega Łukasza. Uratował małą przed śmiercią. Ktoś chciał ją wrzucić do maszyny, w której mieli się cement czy coś takiego. Rok temu brat tego chłopaka znalazł na ulicy Dzidziusia i przyniósł do nas na podwórko...

O Chudzine i kilku innych sprawach - na szczęście także dobrych - napiszę jednak później. Kiedy nie będę miała za sobą zarwanej nocy a przed sobą jeszcze kilku godzin dyżuru i robienia jutrzejszego wydania Gazety. Jakoś tak bardzo ciężko pisze mi się teraz.

15:02, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 lutego 2010
Yeti ma idola

Rudzia. Fot. Magda GrabowskaNazywam się Rudzia. Dawno nic nie opowiadałam i choćby dlatego najwyższa już pora, żebym zabrała głos. Zwłaszcza że dużo ostatnio dzieje się w domu Pani Janki. Muszę podkreślić, że my - stare koty z młodzieżą typu Diabeł i Kisia - jesteśmy oburzone. Co chwila nasz spokój zakłócają jakieś przybłędy. Najpierw Fidel, potem Yeti i jeszcze Raul. Fidel to okropny był. Darł się całą noc, kiedy był z nami. Nawet Totowi przeszkadzał, ale ma już dom, więc nie będę się nim więcej zajmować. Yetiemu to szybko pokazałam gdzie jego miejsce. Jak tylko pierwszego dnia wyskoczył do mnie z klatki, to trzasnęłam go w pysk i więcej się nie zbliżył. Ludzie się oburzyli na mnie, że taka niegościnna jestem, ale mały szybko zrozumiał, o co mi chodzi. I dobrze. A poza tym Yeti szybko skumał się z Dzidziusiem. I wiecie do czego doszło? Zaczął go we wszystkim - no, prawie we wszystkim - naśladować. Zaczął się bawić jak Dzidziuś i łasić do ludzi jak on, i nawet rano wybiega na powitanie do Pani Janki - też jak Dzidziuś. Zapatrzony jest w niego jak w jakiegoś idola. Mdło się robi na ten widok, bo dzidziu to taki g³uptas. Dlatego coraz częściej wszyscy wychodzimy na dwór. Ale bez przesady, jak jest mróz, to dom Pani Janki i tak do nas należy.

Jak tak wychodziłam na dwór, Magda zrobiła mi zdjęcie. Uznała, że jestem piękna. Ja tam zawsze byłam o tym przekonana... Fot. Magda Grabowska

Jak tak wychodziłam na dwór, Magda zrobiła mi zdjęcie. Uznała, że jestem piękna. Ja tam zawsze byłam o tym przekonana...

Poza tym jest nadzieja, że niedługo Yetiemu ludzie znajdą dom. Coś takiego podsłuchałam. A Raula to też już nie ma i dobrze. Bo on to strasznie się rządził. Nawet mnie przegonił z pokoju. Uważał, że ludzie są tylko dla niego! Pani Jance to nawet prawie na głowę wskoczył. A poza tym Pani Janka to mu powiedziała, że zachowuje się jak łobuz, a nie jak uprzejmy gość, bo zrzucił jej z okna wszystkie doniczki z kwiatkami. Teraz Raul jest u Pani Doktor Rabiegi i tam czeka na swój dom. To dobrze, bo z nim trudno by nam było wytrzymać. Diabeł i Kisia też go nie polubiły i ciągle na dwór uciekały.

Yeti też miał sesję. No nawet ładnie wygląda. Fot. Magda Grabowska

Yeti też miał sesję. No nawet ładnie wygląda.

Yeti uwalony na Magdzie. Fot. Joanna Grabowska

Yeti uwalony na Magdzie.

Yeti uwalony na Magdzie. Fot. Joanna Grabowska

I jeszcze Raul na oknie z jedynym ocalałym kwiatkiem. Widać tu ten jego ogon bez czubka. Fot. Magda Grabowska

I jeszcze Raul na oknie z jedynym ocalałym kwiatkiem. Widać tu ten jego ogon bez czubka.

Tych naszych ludzi to ja trochę nie rozumiem. Zamiast zachwycać się nami, to oni ciągle jeszcze jakimiś przybłędami się zajmują. A powinni mną na przykład, bo ostatnio dużo pije i dużo siusiam. Mama Magdy powiedziała, że trzeba będzie zabrać mnie do Czterech Łap. Chcą mi badać krew. No to zobaczymy...

Zdjęcia: Magda i Joanna Grabowskie

13:35, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Komentarze (6) »
niedziela, 08 listopada 2009
Cerber w kuchennym oknie

Rudzia. Fot Magda GrabowskaNie rozumiem, czego te wszystkie koty - i ludzie także - ode mnie chcą. Nazwali mnie Cerberem. Nie wiem, dlaczego i kto to Cerber, ale dobrze nie brzmi. Zamiast docenić fakt, że polubiłam kuchnię Pani Janki słyszę tylko jakieś wydziwiania: że powróciła mi miłość do nich, bo zima idzie; że mi tyłek podczas nocnych przymrozków marznie, więc się miła zrobiłam itd.

Co w tym dziwnego, że nie wchodziłam do kuchni Pani Janki latem i nie pozwalałam się pogłaskać, kiedy było ciepło na dworze? Przecież to oczywiste, że jeśli głaskania nie potrzebuję, to nie pozwalam się dotykać. Teraz to co innego. Muszę ludziom dać coś, czego potrzebują, żeby mnie do tej kuchni wpuszczali na noc. Pozwalam się więc głaskać, ale też bez przesady, tylko tyle, ile jestem w stanie znieść, a oni w zamian pozwalają mi siedzieć w domu. Ot, zwykły interes.

Rudzia króluje na oknie. Fot. Magda Grabowska

Rudzia króluje na oknie.

Nie mogę tylko znieść tego całego kociego tałatajstwa, które w domu trzymają i które jeszcze spraszają z dworu. Dzidziuś, Hela i Mela nawet mi tak bardzo nie przeszkadzają. Umiem sobie z nimi poradzić. Jak próbują spoufalić się ze mną, daję im po pyskach i od razu jest porządek. Młodzież odsuwa się na satysfakcjonującą mnie odległość. Gorzej z Kisią, Pipą i Diabełkiem. Żadnego szacunku dla starszych nie mają. Fakt nie próbują zaprzyjaźniać się ze mną, ale bezczelnie bawią się ze sobą, albo chcą zajmować moje miejsce na oknie. Nie ma tak. Często więc w kuchni Pani Janki rozlegają się moje fuknięcia i prychnięcia. A czasami także odgłosy pacnięcia łapą największych rozrabiaków. Niestety, tylko Kisię udaje mi się tak utemperować, Dlatego nie przepada za siedzeniem w domu, choć ludzie ją do tego zmuszają. Niby dlatego, że chora jest. Nie wiem, po co się tak przejmują. Nie chce siedzieć w domu, to niech się leczy na dworze! Przecież ona nawet nie docenia tego, co dla niej robią. Inna sprawa, że ja też nie pozwoliłabym wrzucać mi do gardła jakichś tam leków. Ludzie chyba o tym wiedzą, bo nie ma wśród nich odważnego, który próbowałby mi coś do pyszczka włożyć.

Rudzia w domu częściej dba o toaletę. Nie przeszkadza jej obecność Tota. Fot. Magda Grabowska

Rudzia w domu częściej dba o toaletę. Nie przeszkadza jej obecność Tota.

Chyba z powodu tej Kisi ludzie trochę się boczą na mnie i tym Cerberem nazwali. Mówią, że siedzę ciągle w oknie i innym kotom nie pozwalam wejść. A to nieprawda. Tota zawsze wpuszczam! I wiecie, chyba ostatnio bardziej mnie lubi, bo nawet pozawala mi się o siebie otrzeć… Ludzie oczywiście wiedzą swoje i mówią, że Tot po prostu jest już zmęczony tymi moimi uczuciami, które żywię wobec niego od lat. Ja tak nie uważam. Cierpliwość zostaje nagrodzona, Tot zrozumiał, że go bardzo lubię i zaczął to doceniać. A że ludzie tego nie rozumieją. Widać obca im kocia mądrość…

Rudzia zagarnęła okno dla siebie. Fot. Magda Grabowska

Rudzia zagarnęła okno dla siebie.

Rudzia zagarnęła okno dla siebie. Fot. Magda Grabowska

Zdjęcia: Magda Grabowska

18:10, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 października 2009
Kobiety pracującej weekendy

Rudzia. Fot Magda GrabowskaZupełnie nie rozumiem, dlaczego ludzie mówią, że jestem plotkarka, egoistka i cwaniara. A sami to są lepsi? Wczoraj na własne uszy słyszałam, jak Magda, jej mama i Pani Janka plotkowały o Jasnej. To ta kocica z sąsiedniego podwórka, co to ciągle w ciąży chodzi i nie mogą jej odłowić do sterylizacji, bo albo właśnie się okoci i karmi małe, albo już w zaawansowanej ciąży lata.No więc plotkowały o niej i się śmiały, że ta Jasna to jak kobieta pracująca się zachowuje. Bo na karmienia przychodzi tylko w weekendy, a w ciągu tygodnia nie. Zupełnie jakby jakieś stałe zajęcie gdzieś miała.

Jasna. Znowu ciężarna. Fot Magda Grabowska

Jasna. Znowu ciężarna.

A ja wiem, co Jasna robi, ale nie powiem. Zresztą i tak by mnie nie zrozumiały...

Rodzina Jasnej. Od lewej: Ryś, Jasna, Transwet. Fot. Magda Grabowska

Rodzina Jasnej. Od lewej: Ryś, Jasna, Transwet.

A dowodem na to, że jestem cwaniarą jest podobno fakt, że odkąd na dworze zrobiło się zimno, to znowu pokochałam rodzinę Pani Janki i zaczęłam nocować w jej kuchni. To prawda, nie lubię marznąć, ale zamiast się cieszyć, że wybrałam ich dom na schronienie przed zimnem, kpią ze mnie.

A niech kpią. I tak będę tam nocować. Nawet te jędze Melę i Helę zniosę i upiornego Dzidziusia, który chce się bawić moim ogonem, też. Najwyżej w ten swój rozradowany pyszczek ode mnie dostanie.

Zdjęcia: Magda Grabowska

15:16, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
Taka ładna gruba kicia

Rudzia. Fot Magda GrabowskaBardzo zbulwersowała się dziś Pipa. Jakieś dziecko idące przez nasze podwórko zawołało na jej widok: - Mama, patrz, jaka gruba kicia!

Pipa znieruchomiała i aż pyszczek rozdziawiła ze zdumienia. Gruba - w jej przekonaniu - byłam dotąd ja, Rudzia. Na Zielonooką Magda też czasami mówiła, że wygląda jak miś. Nawet Elegantka pozwoliła, by przed zimą zaokrągliły się jej boki. Ale Pipa była ponad to. Ta mała myślała najwyraźniej, że skoro z niej taka skończona piękność, to grubaską być nie może. I pomyliła się.

Choć to kotka z kocim ADHD - jak mówią wszystkie nasze opiekunki - przytyła ostatnio i to mocno. Te owale na jej bokach jeszcze tę tuszę podkreślają. Jest teraz bardzo podobna do mnie. I dlatego ludzie nie mówią już o niej "jaka ładna kicia", tylko "gruba kicia". I dobrze jej tak, zarozumialcowi małemu. Magda chciała jej takiej podtytej zrobić zdjęcie, ale Pipa nie pozwoliła. Ciągle przed nią się chowała. Może nie chciała takiej pamiątki, a może bała się, że Magda tylko oszukuje tym swoim aparatem, a naprawdę chce ją złapać, żeby Pani Janka mogła nakarmić ją tabletką poprawiającą odporność? Bo Pani Doktor Justyna z Czterech Łap chce Pipę zaszczepić. Żeby mała nie chorowała już na kalicywirozę.

Pipa nie dała się sfotografować, ale ja - tak. Zobaczcie jaką mi Magda ładną sesję zrobiła.

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Do Rudzi zagląda Elegantka. For. Magda Grabowska

A tu zagląda do mnie Elegantka ;)

Ale nie tylko Pipa była dziś zaskoczona. Łukasz, syn Pani Janki, też. A było tak: Po parapecie kuchennego okna podskakiwał dziś na jednej łapie jakiś niemrawy gołąb. Drugą łapę miał zaplątaną w jakiś sznurek. Wszystkie koty, ja też, zagapiły się na niego, bo wyglądał jak nie z tej ziemi. On jeden i nas stado. Nawet Elegantka taka łasa na gołębie nie próbowała na niego zapolować. Widać uznała, że byłoby to nieeleganckie, a może zastanawiała się, co to ptaszysko zrobi. Podskakiwał więc koło nas ten gołąb i nie odlatywał. Zauważył go wreszcie Łukasz. Zdziwił się nieco, że życie ptakowi darowaliśmy i postanowił mu pomóc. Chciał go złapać i ten sznurek z łapy zdjąć. I wiecie co ten głupi gołąb zrobił? Odfrunął na wyższe piętro. Naprawdę głupi. A może uznał, że jak go z naszej strony spotkało takie wielkie szczęście, to ze strony Łukasza nic dobrego już go czekać nie może?

Zdjęcia: Magda Grabowska

23:52, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Rozterki Rudzi

Rudzia. Fot Magda GrabowskaMam około sześć lat. Ludzie wołają na mnie Rudzia. Przez jakiś czas byłam dla nich Złotą, bo w słońcu moje futerko „lśni jak drogocenny kruszec” - tak mówili - ale potem uznali, że mam plebejskie nawyki i poprzestali na Rudzi.

Nie rozumiem, dlaczego? Bo chyba nie dlatego, że siedzę pod oknami i obserwuję, z którego ktoś wyrzuci mi jakiś smakowity kąsek (choć z tego powodu śmieją się i przezywają mnie „dyżurna”). Nie dlatego też chyba, że często tarzam się w piasku, bo po prostu sprawia mi to przyjemność. I nie dlatego też chyba, że fukam ostro na nich i drapię, jak nie chcę być głaskana? W końcu każdy ma swoje humory. Ludzie też!

Rudzia zimą. Fot. Magda Grabowska

Rudzia zimą.

Bo nie wierzę, że inne koty poskarżyły się na mnie. Owszem, ten i ów dostanie ode mnie łapą po pysku, jak mi w talerz zagląda, albo nie dopuszcza do swojego. Ale to przecież nie powód, żeby od razu z językiem do ludzi lecieć.

Tot (z prawej) cofa się przed Rudzią. Z lewej - Zielonooka. Fot. Magda Grabowska

Tot (z prawej) cofa się przed Rudzią. Z lewej - Zielonooka.

A może to Tot na mnie nakablował? Ja się do niego przytulam, pokazuję, jak bardzo go lubię, a on ciągle się do mnie siedzeniem odwraca. Albo wstaje i znudzony odchodzi... Zupełnie nie go rozumiem. Jak można ignorować taką kotkę jak ja...

Rudzia walczy z aparatem fotograficznym. Fot. Magda Grabowska

Rudzia walczy z aparatem fotograficznym.

Jeśli ktoś ma na tym podwórku wredny charakter, to z pewnością nie ja. To już prędzej Pipa, która przez jakiś czas przyjaźniła się ze mną, nauczyła się wydłubywać łapą jedzenie z talerza, a potem nagle uznała, że będzie niezależna. I Tot też nie jest taki święty. Parę lat temu ktoś podrzucił na nasze podwórko Cykusię, która mnie później urodziła. Słyszałam od ludzi, że Tot pięknie się nią opiekował, jak była mała. Lizał ją, bawił się z nią i wszędzie chodził. Ludzie się śmiali, że hoduje ją sobie na żonę. Ale jej mężem nie został, ani moim ojcem, bo został wykastrowany. Skoro jestem córką Cykusi nie mógł, kiedy odeszła, na mnie przelać ciepłych uczuć, które czuł wobec niej?

Rudzia. Fot Magda Grabowska

To nie ma sensu. Po co ja się nad tym wszystkim zastanawiam. Lepiej pójdę pod okna. Może znów trafi mi się coś dobrego...

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Fot. Magda Grabowska

20:25, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Dodaj komentarz »