| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
wtorek, 12 czerwca 2012
Ducha zobaczył?

Dzikuska. Fot. Łukasz ŁuckaDonoszę uprzejmie, że na Kocim podwórku wszystko gra. No może poza tym, że Dzikuska zwiała w piątek z klatki i dekuje się teraz gdzieś w mieszkaniu Janki. Jest, bo swoje jestestwo objawia nocami. Wyłazi z zakamarków, wyjada karmę z misek, załatwia potrzeby, szwenda się, a nad ranem znowu znika. Nocne życie widać lubi. Może wychodzi także w dzień, kiedy nikogo nie ma w domu, ale w tej kwestii wypowiedzieć mogliby się tylko Dzidziuś albo Tot.

Taaaa, Dzidziuś to fajny kot :) Fot. Łukasz Łucka

Taaaa, Dzidziuś to fajny kot :) Nie wychodzi nie tylko z domu :)

Pierwszy, czyli Dzidziuś, jest świadkiem wszystkiego co dzieje się w domu, bo z zasady go nie opuszcza. Tylko czasami coś mu odbija. Wyskakuje wtedy przez kuchenne okno do ogródka, a potem cały struchlały udaje herosa pod świerkiem. Przyznać mu jednak trzeba, że światem jest zainteresowany: oczy, wąsy i uszy ma dookoła głowy. W końcu może się taki Kuba znów objawić i co wtedy? Nic tylko trzeba będzie dać mu po nosie, jak wówczas, gdy zajrzał do kuchni, czyli wtargnął zdecydowanie nie na swoje terytorium.

A co mi tam, przypomne i bezczelnego Kubę, ktory nadal gania nasze koty. Ale Dzidziuś dzielnie go nastukał :) Fot. Łukasz Łucka

A co mi tam, przypomnę i bezczelnego Kubę w czerwonej obróżce, który nadal gania nasze koty. Ale Dzidziuś dzielnie go raz nastukał, gdy ten nieproszony próbował wejść do jego kuchni :)

Drugi – czyli Tot – z racji wieku wychodzi teraz znacznie rzadziej, bo też ze światem mocno jest już obyty. Ale on to głównie drzemie gdzieś u Łukasza w spokoju i całym sobą mówi: "A dajcież wy mi wszyscy święty spokój!" (Hmmm, czy nie tak wołał pan Dulski? Od razu uprzedzam - Tot nie spaceruje wokół stołu). Co do Tota - nie ma się czemu dziwić. 1 czerwca skończył 10 lat. Tot, senior na podwórku :).

Żaden z nich nie chce się jednak o Dzikusce wypowiadać. Tot na zasadzie: "Nie, bo nie", a Dzidziuś, bo się solidaryzuje. Z Dzikuską oczywiście.

A tu Tot wdzięczy się na kuchennym oknie. Widzicie te dwie latarnie za nim? To Mandaryn, o którym napiszę następną notkę :) Fot. Łukasz Łucka

A tu Tot wdzięczy się na kuchennym oknie. Widzicie te dwie latarnie za nim? To Mandaryn, o którym napiszę następną notkę :)

No tak, ale nie o Dzikusce chciałam dziś pisać, ani o Dzidziusiu, ani o Totku (i Mandarynich latarniach), tylko o Diable.

Właściwie, to chciałam zadać jedno pytanie: czy ktoś może mi podpowiedzieć, co takiego Diabeł mógł zobaczyć w kuchni - poza Łukaszem robiącym mu zdjęcie - że jest tak strasznie, strasznie zdziwiony?

Diabeł. Zobaczył ducha? Fot. Łukasz Łucka

Diabeł. Zobaczył ducha?

Zdjęcia: Łukasz Łucka

00:23, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Komentarze (4) »
wtorek, 15 lutego 2011
Co myśli Diabeł?

W niedzielę w nocy Magda złapała Diabła. Pewnie kombinował sobie, że skoro udało mu się wytrwać na wolności całą sobotę i niedzielę, to i tym razem postawi na swoim. Przeliczył się czorcik jeden.

A było to tak:

Jeszcze po godz. 2 w nocy z piątku na sobotę szukałyśmy go z Magdą. Bez skutku. Widać uznał, że ma dość naszego stada i przepadł. Ale w sobotę przyszedł na śniadanie. Potem jeszcze wieczorem. Nie pozwolił się do siebie zbliżyć. Uciekł nawet na widok wabiącego go do domu Łukasza stojącego w otwartym oknie.

Nie wiedzieliśmy, skąd wyszedł, gdzie nocuje, więc w niedzielę przeszłam się z Magdą w stronę komórek z sąsiedniej posesji. Diabeł nie pokazał się przy nich, ale kiedy już stałyśmy przed klatką i rozmawiałyśmy z jedną z naszych sąsiadek, objawił się nieoczekiwanie między zaparkowanymi samochodami. Tym razem widać było, że przyszedł z tej samej strony, z której chwilę wcześniej wróciłyśmy. Magda natychmiast wyrzuciła mu na talerzyk fest porcję karmy i podsunęła pod nos. Ostentacyjnie odsunęła się, żeby pokazać kotu, że nie będzie łapany, że ma tylko zjeść.

Jak tylko Diabeł się pojawił Magda nałożyła mu pełen talerzyk karmy. Fot. Magda Grabowska

Jak tylko w niedzielę w dzień Diabeł się pojawił Magda nałożyła mu pełen talerzyk karmy

Taką strategię ustaliłyśmy w domu. Uznałyśmy, że kiedy nie będziemy Diabła łapać, to ten wieczorem podczas karmienia będzie kombinował tak, jak chcemy: „Ludzie wreszcie zmądrzeli i przestali na mnie polować. Mogę bezpiecznie przychodzić na posiłki.”

Jadł i łypał na nas. Chorą ma tę swoją prawa łapkę, czyli dla nas z lewej. Fot. Magda Grabowska

Jadł i łypał na nas. Chorą ma tę swoją prawa łapkę, czyli dla nas z lewej

Po jedzeniu siedział jakiś czas taki biedniutki. Dreptał w kółko i znowu siadał. Fot. Joanna Grabowska

Po jedzeniu siedział jakiś czas taki biedniutki. Dreptał w kółko i znowu siadał

Wreszcie zacząl się myć. Skończyl toaletę na tej chorej łapce. Fot. Joanna Grabowska

Wreszcie zaczął się myć. Zakończył toaletę na tej chorej łapce

Zostawiałyśmy go z ciężkim sercem. I z nadzieją, że się nie mylimy, że przyjdzie wieczorem... Fot. Joanna Grabowska

Zostawiałyśmy go z ciężkim sercem. I z nadzieją, że się nie mylimy, że przyjdzie wieczorem... Tę chorą łapkę ma w górze. Dziwnie tu wygląda jego sierść w słońcu. Diabeł jest przecież czarny... ;)

Jak pomyślał tak zrobił. Przyszedł po 23 na kolację. Ale nie do ogródka pod oknem Janki, tylko pod naszą klatkę. Magda zostawiła mnie więc z Rysiem, Miłą i Mandarynem i popędziła z saszetką puszką i talerzykiem do Diabła. Opracowała sobie całą strategię: najpierw nałożyła na talerzyk zawartość saszetki. Diabeł dosłownie oblizywał się na ten widok. Nie mógł się doczekać, kiedy zacznie jeść. Magda minimalnie podsunęła mu talerzyk. Diabeł początkowo trochę niepewnie, ale z każdym liźnięciem jedzenia coraz śmielej, zaczął bezwiednie podsuwać się coraz bliżej i bliżej dojedzenia. W końcu trudno jeść z szyją wyciągniętą jak u strusia. Magda otworzyła wtedy puszkę, Diabeł rozochocony wizją dokładki przysunął się do talerzyka już całkiem blisko i pozwolił sobie dorzucać jedzenie. Łakomstwo przypłacił utratą wolności, bo Magda w pewnym momencie zostawiła łyżkę w puszce i jedną ręką mocno chwyciła Diabła za kark. Kocur tylko miauknął zawiedziony, jakby z rezygnacją w głosie, że znów się pomylił i pozwolił wziąć się na ręce. Na ten widok zadzwoniłam do Janki, by otworzyła okno.

Diabeł pozwolił się przetransportowac do niego i podać Łukaszowi. Tak jakby z ulgą nawet wszedł do środka. Magda wróciła jeszcze po jego talerz z jedzeniem i podałyśmy je Jance, bo przecież nie można było pozbawiać głuptasa przysmaku. Spokojnie zjadł, posiedział trochę w pokoju Łukasza i... ukrył się koło kosza w szafce pod zlewem. Z krótkimi przerwami siedział tam do dziś – a jest już wtorkowy wieczór. Kiedy zabierałyśmy go na badanie do Doktor Justyny Orzeł do Czterech Łap, Łukasz musiał go z tego miejsca wyciągać na siłę.

Zestresowany Diabeł koncertował nam przez całą drogę do lekarza. Na szczęście Pan Andrzej (ten z przewozu osób) jest wyrozumiały i nie przeszkadzają mu takie kocie zawodzenia. W końcu przeżył już i jego kupę – trafiła się Diabłu w drodze powrotnej podczas jednej z wcześniejszych wizyt. Co do kupy to oczywiście i tym razem Diabeł pokazał, co potrafi. Załatwił się nam w kontenerze na poczekalni – na chwilę przed wejściem do gabinetu. Wizytę u doktor Justyny zaczęłyśmy więc od czyszczenia i szorowania. Doktor Justyna pucowała kocie łapki i stół, który nimi ubabrał, i instruowała mnie skąd mam wziąć rękawiczki, papierowe ręczniki i środki dezynfekujące do czyszczenia kontenera. Głupio mi było, a Ona pocieszała nas, że to prawo serii. Przed Diabłem kupę zrobił w gabinecie inny kot, a potem królik.

Migiem doprowadziłyśmy i Diabła i kontener do porządku. Zaczęło się badanie. Diabełek nadal ma stan zapalny i obrzęk w miejscu rany, ale ropa już stamtąd nie ciekła. Nie miał gorączki, ale widać po nim stres. Wąsy dosłownie stały mu prostopadle do nosa. Szybko dostał więc zastrzyk przeciwzapalny i dostał zapas tabletek na tydzień. Pierwszą z nich dostanie jednak dopiero jutro wieczorem, bo lek w zastrzyku działa dobę. Tyle czasu Diabeł ma więc spokój. A potem znowu dwa razy dziennie po pół tabletki i mleczko osłonowe na flaczki.

Teraz Diabeł znowu siedzi pod zlewem. Ciekawe, co sobie myśli... ;)

Zdjęcia: Magda i Joanna Grabowskie

23:25, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 lutego 2011
Diabeł się nie pokazał

Uciekł wczoraj, tuż przed godz. 18. Wymknął się z domu Janki przez ledwo uchylony lufcik. Jak tylko Janka mnie powiadomiła, obie wyruszyłyśmy na poszukiwania. I nic. Pojawił się na chwilę, kiedy Magda wróciła z hiszpańskiego. Około godz. 20. Nie dał się złapać, choć był z nami Łukasz, który nie kojarzy mu się z żadnymi nielubianymi zabiegami. Mimo chorej łapy pomknął do szpary między komórkami i prześliznął się na Nieprzyjazne Kotom Podwórko. Oczywiście zajrzeliśmy i tam. Bez efektu. Potem jeszcze kilkakrotnie wychodziliśmy na poszukiwania. Obeszliśmy okoliczne bramy, podwórka. Diabeł zniknął.

Ostatni raz sprawdzałyśmy nasze podwórko i ogródek po 2 w nocy. Choć zaglądałyśmy z Magdą w różne zakamarki i kocie kryjówki, nie znalazłyśmy go. Dziś rozpoczęłam dzień także od poszukiwań. Bez skutku.

Prawdę mówiąc, nie wiem już, co dalej robić. Czekanie, to najgorsza rada, bo najbardziej nie cierpię czekania, ale do wieczora trudno o inne rozwiązanie. Diabeł ma swoje zwyczaje. Nie przychodzi na śniadania, więc nadzieja, że pojawi się w dzień na karmieniu jest nikła. Wieczorem zawsze przychodził. Może i tym razem. Boję się rozlepiać ogłoszenia o nim, bo kotożerców tu nie brakuje. Poza tym Diabeł nie da się nikomu złapać. Mam tylko nadzieję, że zaszył się gdzieś w pobliżu, na znanym sobie terenie. Szkoda, że my tego miejsca nie znamy.

Cały czas będziemy go szukać, ale - niestety - przede wszystkim on sam musi chcieć wrócić. Czy zechce wracać tam, gdzie był leczony i w dodatku na teren, na który po kilku dniach nieobecności wrócił Intruz...? Widziałyśmy go z Magdą wczoraj wieczorem.

11:22, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 lutego 2011
Horror z Diabłem w roli ofiary

Musicie to sobie wyobrazić...

Późny piątkowy wieczór. Wiatr i zacinający w twarz deszcz. Wszystko niknie w ciemności. Gdzieniegdzie na chodniku ciągnącym się wzdłuż kamienicy poruszają się niewielkie plamy światła z okien, padają na kałuże. Pod odrapaną z tynku ścianą pojawia się niewielki cień, czarniejszy niż ciemność wokół. Dziwnie kuśtyka. Pokonuje kilkanaście centymetrów i zatrzymuje się. Nie patrzy, czy w błocie, czy w kałuży. Zastyga w bezruchu i znowu kuśtyka. Pełen lęku i bólu wyraźnie szuka ratunku. Nagle pojawia się za nim następny kształt. Równie ciemny, ale przyczajony. Bezszelestnie przesuwa się w kierunku kuśtykającego. Jest coraz bliżej i bliżej...

- Co to za horror - zdenerwowała się Magda, która akurat nałożyła karmę Rysiowi, Miłej i Mandarynowi i spojrzała przez ramię na chodnik. Rzuciła wszystko i pobiegła w stronę obu czarnych kształtów. A potem już tylko meldowała mi z oddali. - To Diabełek! Coś mu się stało w przednią łapę. Ledwo idzie. Intruz go ściga!

Wydostałam telefon z kieszeni i zadzwoniłam do Łukasza, by otwierał okno. Diabełek, eskortowany przez Magdę, przyspieszył. Jakby zrozumiał, że za chwilę skończy się jego męka. Na moment przysiadł przy Magdzie, potem zatrzymał się przy mnie i jak tylko zobaczył otwarte okno do kuchni, natychmiast pokuśtykał w jego kierunku. Odbił się mocno trzema zdrowymi łapami od ziemi i zniknął w rękach Łukasza. Jego prześladowca został pod samochodem, a my przez dłuższą chwilę jeszcze nie mogłyśmy uwierzyć w to, co się wydarzyło.

Po dłuższej chwili okno znowu się otworzyło. Wyjrzała przez nie przejęta Janka: - Diabeł ma strasznie ubłocone i mokre łapy. Nie pozwala się dotknąć do tej rannej. Ale raczej nie ma innych obrażeń. Pozwolił sobie wymacać brzuch, nigdzie nie ma żadnych ran, nie powinien mieć urazów wewnętrznych.

Podałyśmy jej saszetkę dla Diabła i puszkę dla pozostałych kotów. Bo krótko przed Diabłem do domu weszła Kisia, która czekała na nas i na kolację przed klatką, a na fotelu wylegiwał się Tot. Po kolejnej, jeszcze dłuższej, chwili Janka znowu zameldowała: – Diabeł zjadł, umył się i ułożył do snu.

To nas trochę uspokoiło. Wiedziałyśmy, że nie trzeba z nim na gwałt jechać do lecznicy.

Wszyscy czworo zaczęliśmy się zastanawiać, co przytrafiło się Diabełkowi. Uderzenie przez samochód raczej odpadało, bo ucierpiałaby przez nie nie tylko Diabla łapka. Pozostawał człowiek, albo... Intruz. Czarny, ogromny kocur, który od niedawna zaczął pojawiać się na Kocim podwórku. Schodzi mu z drogi nawet Ryś. Dobrze zna go Mandaryn. Intruz (wtedy nazywałyśmy go jeszcze Obcym) napadł na niego, kiedy wracał po kolacji na Przyjazne Kotom Podwórko. Od tamtej pory Mandaryn spędza noce w koszu lub skrzyni, a wszystkie koty wyraźnie starają się trzymać razem. Widocznie wiedzą, że stada jeden Intruz nie zaatakuje.

Łukasz przypomniał sobie, że poprzedniej nocy słyszał na dworze jakieś wrzaski. Wyjrzał, ale wszędzie było ciemno. Ucichły też kocie miauki.

Przez cały piątek Diabeł nikomu nie pojawił się na oczy. To nas niepokoiło, bo zawsze przybiegał, kiedy wychodziłam zapalić przed klatkę. Nie było go także w dzień na karmieniu. Widocznie ranny schronił się gdzieś i czekał na nas do wieczora. Bo wyszedł najwyraźniej dopiero wtedy, kiedy usłyszał nasze głosy.

Diabełek w lecznicy. Fot. Joanna Grabowska

Diabełek w lecznicy. Zdjęcie zrobiłam komórką, dlatego takie kiepskie

Dziś rano zapakowałyśmy Diabła do kontenera Elka i pojechałyśmy do Czterech Łap, do dr Justyny Orzeł. Dokładnie go zbadała, obejrzała łapkę. W sierści wypatrzyła ukrytą dosyć głęboką dziurkę. Gdy ścisnęła to miejsce, z ranki wypłynęła kropelka płynu zmieszanego z krwią. - Musiał się bić. To od ugryzienia, albo wbitego pazura – powiedziała. A potem szybko zaaplikowała Diabłu dwa zastrzyki i założyła na łapkę kompres nasączony płynem antybakteryjnym. Diabeł tylko syknął przy jednym zastrzyku z antybiotykiem a potem z ulgą schował się w kontenerze.

U lekarza Diablik był bardzo grzeczny. Fot. Joanna Grabowska

W poniedziałek albo we wtorek – kolejna wizyta. Może do tego czasu zejdzie Diabłu z łapki opuchlizna. Do tego czasu będzie łykał lekarstwo, które dostałam dla niego. Dwa razy dziennie po pół tabletki. I mleczko osłonowe, żeby nie zbuntowały mu się jelita. Podczas tej wizyty okaże się, czy potrzebne jest prześwietlenie, bo może się okazać, że dziurka w łapce to nie wszystko. Do tego czasu, kocur będzie uwięziony w domu Janki. Już widzę te pozrywane przez niego firanki w kuchennym oknie...

23:29, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 września 2010
Świat według Diabła

Diabeł. Fot. Magda GrabowskaMagda i jej mama orzekły, że mam zachowania kociego rasisty. Nie wiem, skąd tym kobietom takie rzeczy biorą się w głowach i czy przypadkiem nie powinienem się o to na nie obrazić?

Słyszałem raz podczas kolacji jak komentowały moje sympatie i antypatie. Nie rozumiem, dlaczego dziwi je, że jedne koty lubię bardziej, inne mniej a jeszcze innych nie cierpię. Ludzie też chyba tak mają. One same też nie znoszą przecież kotożerców z drugiego piętra, a parę innych osób ledwie tolerują.

W każdym razie zauważyły właśnie - właściwie to nie wiem, dlaczego akurat teraz - że przyjaźnię się tylko z kotami, które mają czarne - jak ja - futerka, tzn. z Kisią, Mandarynem i nawet z Małą Czarną Chudzinką, która jest przecież nowa u Pani Janki. Spostrzegły też, że dogaduję się z czekoladowym Totem i że nie przeszkadzają mi burasy: Miła, Jasna i Ryś, z którym nawet często ocieram się pyszczkiem i boczkami. Nie cierpię natomiast białasów. I to jest święta prawda. Kuba biało-bury doprowadza mnie do szału ostatnio, bo ciągle chce mną rządzić i gania mnie po podwórku. Drażniła mnie też biało-szylkretowa Buka, która - jak za blisko do niej podejdę - machała mi przed nosem łapami, burczała i kładła po sobie uszy! Teraz jest u Pani Małgosi, więc mam święty spokój, ale wcześniej stanać przy niej - to okropne było. W domu, u Pani Janki, jest też biało-bury Dzidziuś. On chyba głupawy jakiś trochę. Myśli, że wszystkie istoty, człowiek to czy kot, stworzone mu są do zabawy. Chudzince to nawet odpowiada, ale mi nie. Przez niego rzadziej zaglądam do domu, nawet kiedy pada.

Czy z powodu takich moich sympatii i antypatii mozna mówić, że mam jakieś rasistowskie skrzywienie? Przecież ja - generalnie - jestem przyjaźnie do kotów nastawiony. Tylko te trzy białe mi przeszkadzają. Ale, co chyba ważne, nie zaczepiam ich i nie ganiam. Po prostu unikam. Zupełnie jak ludzie...

07:26, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 listopada 2009
Kisia numerantka

Diabełek. Fot. Magda GrabowskaAle numer Kisia wywinęła wczoraj mamie Magdy. Wszystko widziałem i nawet śmiałem się trochę, ale ludziom początkowo wcale nie było do śmiechu.

Najpierw jednak coś wyjaśnię. Odkąd na dworze zrobiło się, zimno wszystkie my, koty, mamy wolną drogę do kuchni Pani Janki. Wystarczy usiąść na parapecie, miauknąć albo szybę podrapać, a czasami tylko siedzieć, i jesteśmy wpuszczane do środka, żeby się ogrzać. To bardzo miłe. Początkowo nam to do głów nie przyszło, ale Magda nas tak parę razy Pani Jance przez okno podała i wcale nie po to, żeby nakarmić nas lekami. Jak to zrozumiałyśmy, zaczęłyśmy same do Pani Janki przychodzić nawet na kilka godzin w nocy.

Ale Kisia tego nie lubi, bo ona nadal unidox dostaje na to swoje zakichanie i zawsze wieczorem Magda musi na nią polować. Potem, jak chce, Kisia może wracać na podwórko. W nocy z piątku na sobotę została jednak w domu. Bo w sobotę rano mama Magdy miała pojechać z nią do Czterech Łap na badania. No więc czekała Kisia w domu, zła jak nie wiem co, bo ona woli sama decydować, gdzie będzie spędzać noce, i w ostatniej chwili wycięła numer. Pani Janka zamknęła ją w pokoju z komputerem. Byłem tam też ja i Tot. Tot spał na jakimś kocu i na nic nie zwracał uwagi, ale ja czułem, że coś się wydarzy.

Kisia bardzo lubi rozcieńczone wodą mleko. Fot. Magda Grabowska

Kisia bardzo lubi rozcieńczone wodą mleko.

Około godz. 11 usłyszeliśmy stukanie obcasów mamy Magdy na klatce, a potem dzwonek do drzwi. Kisia od razu zniknęła a ja usiadłem na krześle, żeby wszystko lepiej widzieć. Po chwili do naszego pokoju wszedł Pan Ryszard, parę minut wołał Kisię i szukał jej. Po jakimś czasie zaczęła mu pomagać mama Magdy, bo przed kamienicą czekała już taksówka, żeby ją z Kisią do lekarza zabrać. A Kisia cicho siedziała w ukryciu. Nie powiem, gdzie, bo to tajemnica i sprawa Kisi. Poza tym kryjówka może i mi przydać się w przyszłości. Wiadomo, co tym ludziom nadopiekuńczym jeszcze do głów przyjdzie?

No więc Pan Ryszard i mama Magdy szukali Kisi jeszcze jakiś czas, nawet w szafach, i wreszcie się poddali, bo do zamknięcia lecznicy zostało niecałe pół godziny i mogłyby dojechać za późno. Mama Magdy poszła przeprosić taksówkarza, a potem kupić w aptece jakiś tam „aparat do infuzji” dla swojego kota (ten to ma przechlapane, nazwa tego urządzenia strasznie brzmi), bo musi mu podać kroplówkę na chore nerki, a nie mogła tego zrobić bez tego aparatu.

Kisia na boisku do bouli. Fot. Magda Grabowska

Kisia na boisku do bouli.

Krótko po jej wyjściu Kisia wyszła z kryjówki i usiadła jakby nigdy nic na oknie. Siedziała tam jeszcze i myła się, kiedy Magda z mamą przyszły sypnąć nam suchej karmy do misek w ogródku. I wiecie co? Kisia na ich widok znieruchomiała za szybą i tak bezczelnie gapiła się na nie. Wyglądała, jakby dobrze się bawiła i cieszyła, że tak mamę Magdy wykiwała.

Ale ta Kisia chyba za wcześnie się cieszy. Bo ci ludzie to uparci są. Dziś podczas wieczornego karmienia słyszałem, jak się umawiali na następne polowanie na Kisię…

Kisia na boisku do bouli lubi bawić się gałązką. Fot. Magda Grabowska

Kisia na boisku do bouli lubi bawić się gałązką.

Kisia numerantka. Fot. Magda Grabowska

Kisia numerantka. Widzicie łezkę w jej oku? Trzeba je zbadać, bo to efekt odnawiającego się kociego kataru.

Zdjęcia: Magda Grabowska

00:54, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2009
Diable plotki i igraszki

Diabełek. Fot. Magda GrabowskaJestem bratem Mandaryna i Pipy. Mama - Cykusia - podrzuciła mnie na okno pani Janki. No to się mną zaopiekowała. Kiedy podrosłem i rozrabiałem w jej domu rozeźlona wołała: „diabeł wcielony nie kot”. I tak zostałem Diabłem. Bardzo eleganckim - z białą koloratką tam gdzie ludzie noszą krawaty. A poza tym mówiła, że jestem całuśny, bo jak wyciągała rękę w moją stronę, to ja wyciągałem do niej nos - podobno jak do pocałunku. Hm, też coś.

Bardzo dobrze dogaduję się z Mandarynem, a Pipa to jakoś tak własnymi drogami chodzi. Ją pierwszą mama oddała ludziom. Dopiero potem mnie.

Mały nie byłem specjalnie urodziwy. Fot. Magda Grabowska

Mały nie byłem specjalnie urodziwy.

A tu jestem z Pipą. Fot. Magda Grabowska

A tu jestem z Pipą.

Bardzo lubię noce. Ganiamy się wtedy z Mandarynem, Pipą i Kisią, skaczemy po drzewach. I takie ćmy fajne latają. Jak się im ten pyłek otrzepie ze skrzydeł, można je turlać i podrzucać, bo latać nie mogą. Wysoko do tych ciem skaczę. Ludzie mówią, że na metr, a może i wyżej...

Tu jestem już trochę podrośnięty. Ale wtedy rozrabiałem. Fot. Magda Grabowska

Tu jestem już trochę podrośnięty. Ale wtedy rozrabiałem.

Kiedyś często zaglądałem do domu pani Janki, ale tam ciągle pełno małych kotów. Najpierw była Rysia. Potem ludzie złapali jej trzy siostry: Ritę, Chudinkę i Plusię. Siedziały w takiej dużej klatce i uczyły się załatwiać do kuwety. Tak ludzie mówili. Kiedy siedziały w tej klatce to wszystkie cztery swoje łapy do mnie wyciągały i mnie zaczepiały. Raz strasznie mnie to zdenerwowało. Nafukałem na nie i poszedłem z domu obrażony. Ludzie znaleźli im w końcu dobre domy, ale ja do nich nie wróciłem, bo zaraz potem Magda pozbierała z podwórka córki Zezi - Helę i Melę. Ale okropne były. Zaropiałe i chore na koci katar. Kisia też miała koci katar jak była mała, ale tak strasznie nie wyglądała. A kiedy te dwie się podleczyły przybyły następne dwa - mały biały i bury.

A tu już jestem prawie duży ;) Fot. Magda Grabowska

A tu już jestem prawie duży ;)

Czasem je przez okno kuchenne podglądam. Jedna z tych czarnych, Hela, to paskuda. Wiecie, że próbowała łapami turlać tego małego białego? Tym najmniejszym czopkom (tak mówi o nich Magda) ludzie dali już imiona. Mały biały to Dzidziuś. Że niby taki słodki. Faktycznie przyjemny, ale z tego wyrośnie i co? Dalej tak na niego będą wołać? A ten buras to Heros. Podsłuchałem dziś, dlaczego. Herosem został z przekory - z ludzkiej przekory. Bo on wszystkiego się boi. Nawet jeść z tego strachu nie chciał. Pani Janka karmiła go nawet łyżeczką, jak człowieka, bo ze strzykawki nie dał się karmić. A z łyżeczki glamał. Teraz już je sam, tylko mało. I ludzie znów się tym martwią.

A w ogóle mówią, że fajny z niego kot będzie, bo zrobił kupę do kuwety. Też coś. Z drugiej strony, jak mało wystarczy żeby ich zadowolić...

Inna sprawa, że kiedyś uszczęśliwiłem ich tylko swoim widokiem. To było tak: miałem tasiemca i czułem się źle. Wtedy ludzie jeszcze tego nie wiedzieli. Schowałem się na kilka dni, bo wszystko mnie drażniło, ale to nie pomogło. Kiedy wyszedłem z kryjówki, bardzo się ucieszyli. Wypatrzyli wtedy, że mam jakieś jakby ziarenka ryżu przy pupie i po rozmowie z doktorem Aleksandrem z Czterech Łap wiedzieli już, że to tasiemiec. Nie dałem im się złapać na wizytę u niego. Dostali więc dla mnie tabletki. Kawałek jednej nawet zjadłem - z rozpędu, bo z moją ulubioną karmą była, ale potem już nie dałem się nabrać. Choć wkładali mi ją do gotowanej ryby. Tłumaczyli mi, że jeszcze tylko ten jeden raz powinienem ją zjeść, ale odmówiłem. Bo to było ohydne. Nawet muchy nie chciały siadać na rybie z tą tabletką, a ja miałem to zjeść?

Zmęczyłem się tym opowiadaniem. Idę pobawić się pająkiem. Kisia jakiegoś na podwórku złapała. Może jeszcze żyje. Duży był.

Krótko potem odszedłem z domu, bo małe spokoju mi nie dawały. Fot Magda Grabowska

Krótko potem odszedłem z domu, bo małe spokoju mi nie dawały.

Fot Magda Grabowska

23:26, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Dodaj komentarz »