| < Sierpień 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
niedziela, 30 sierpnia 2009
Kuba nicpoń dziwnie grzeczny

Dziś karmienie poszło gładko i bez awantur. Kuba – owszem - asystował, ale cichutko i spokojnie. Czyżby wiedział, że dopiero co oplotkowałam go na blogu?

Kuba trochę nieostry, ale i tak piękny. Fot. Magda Grabowska

Kuba trochę nieostry, ale i tak piękny. Fot. Magda Grabowska

Poza tym koty miały niezłą wyżerkę. Dostały „tłuste” skrawki kurczaka. Sławka odcinała je z trzech podwójnych drobiowych piersi nader hojnie… Nic to, nie zmarnowały się, a koty dosłownie rzuciły się na nie. Potem grzecznie wróciły do Feliksów i Darlingów, które dziś były przewidziane w menu. Magda stara się urozmaicać im te kolacje, bo trochę się znudziły Kitketami.

Tyle pisałam o bezdomniaczkach a ani słowa o naszym domowym kocie. To Księciunio, dachowiec. Oczywiście najwspanialszy kot na świecie i członek naszej rodziny. Ma 18 lat, zaborczy charakter (nie toleruje żadnych innych kotów, a jak wracamy z karmienia to demonstracyjnie pokazuje, jak bardzo mu się to nie podoba) i strasznie dziś narozrabiał. Przewrócił wazon z gladiolami (tzn. z mieczykami) a potem zwinął się na swojej poduszce w kłębek i udawał niewiniątko. Zaraz będę musiała dać mu Fortekor, bo trochę nerki już mu szwankują. Mam nadzieję, że nie żarł tych mieczyków. W każdym razie nie widziałam na nich śladów zębów.

To tyle o Księciuniu, najwspanialszym kocie na świecie. Nie jest z Kociego podwórka, ale to chyba dzięki niemu tak uwielbiamy wszystkie koty. ;)

A teraz informacja dodatkowa. Do poprzedniej notki o Kubie dorzuciłam właśnie jego zdjęcia.

O Kubie nicponiu i innych kłopotach

Przez ostatnie trzy dni Magda zrobiła całą masę zdjęć naszym kotom małym i dużym. Ma też filmiki z Dzidziusiem i Herosem. Ale musi nad nimi popracować, bo z Janką gadałyśmy jak najęte podczas ich kręcenia i nasze głosy przeszkadzają. No niech będzie - niekoniecznie chcemy upubliczniać te szczebioty pełne zachwytu nad "maluśkimi kocimi łapkami i słodkim pysiem". Zdjęcia i filmiki wkrótce umieszczę na blogu. Muszę jednak poczekać aż Magda wróci z pracy.

Kuba, rozrabiaka. Ale na takiego nie wygląda. Fot. Magda Grabowska

Kuba, rozrabiaka. Ale na takiego nie wygląda. Prawda?

Na razie poplotkuję o Kubie. To nie jest bezdomniak z naszego podwórka. Ma opiekunów, którzy ciągle wypuszczają go na dwór, i kumpla psa mieszkającego z nim w tym samym domu. Kuba jest piękny (zdjęcie umieszczę obok to sami się o tym przekonacie). Ma biało-burą czyściutką sierść i przezabawny różowy nos. Niestety, ma też dosyć wredny charakter.

Nie sądziłam, że kiedyś napiszę tak o kocie. Wredni bywają ludzie, a tu proszę.

Kuba to naprawdę piękny kot.  Fot. Magda Grabowska

Kuba to naprawdę piękny kot.

Na czym polega wredota kota? Kuba po prostu potrafi rozwalić nam wieczorne karmienia. Jako kot domowy z reguły nie jest głodny, tylko przychodzi do ogródka "dla towarzystwa". I zaczyna się. Burczy niemal na wszystkie koty. Wczoraj zajadającemu sie Whiskasem Diabłu wskoczył z impetem na plecy. Pogonił Cyklopa (który wkrótce przedstawi się Wam, bo wreszcie i on załapał się na sesję zdjęciową) i przegnał złym spojrzeniem Pipę. Rudzi unika, bo się jej boi. Będzie też chyba unikać Mandaryna, bo wczoraj został przez niego spoliczkowany, kiedy chciał mu zajrzeć w miskę. Mandaryn zaimponował nam. Dotąd był bardzo strachowity i na widok Kuby po prostu salwował sie ucieczką.

Piękny i niegrzeczny. Fot Magda Grabowska

Piękny i niegrzeczny.

Kuba to mądrala. Tak jak bezdomniaki szybko zorientował się, o której godzinie wychodzimy z Magdą z puszkami kociej karmy. Kiedy próbowałyśmy wyprowadzić go w pole i wychodzić na karmienia wcześniej albo później, szybko do tych zmian się dostosowywał. Raz też zrobił nam kawał. Schował się pod świerkiem w ogródku tak, że nie zauważyłyśmy go. Bardzo się ucieszyłyśmy, że choć raz karmienie będzie spokojne. Magda rozstawiła kocie miski z karmą, koty przy nich zasiadły zadowolone, a tu nagle siup: Kuba z dzikim wrzaskiem wyskoczył na sam środek podwórkowej stołówki. Koty prysnęły na boki zostawiając wśród misek zwycięskiego Kubę...

Raz zamknęłyśmy Kubę na klatce schodowej. Tylko na czas karmienia. Ale tak się wystraszył, że więcej tego nie zrobiłyśmy. To w końcu też kot. Tylko, jak poradzić sobie z tym nicponiem? Przed rozrabianiem nie powstrzymuje go nawet oddzielny talerzyk z jedzeniem. Jasne, to była próba przekupstwa. I to niejedna. Ale bez szczęśliwego dla bezdomniaków efektu...

Fot Magda Grabowska

Taki mały, a taki mądry. Czyli o Dzidziusiu

Dzidziuś załatwia się do kuwety. To aż nieprawdopodobne, że nawet maciupkie koty potrafią być tak mądre. Poza tym czuje się nieźle. Tylko ciągle kicha.

Przez tę nagłą wieść o chorobie Dzidziusia nie zdążyłam napisać, że i on, i Heros dostali apartament od Kociej Mamy, i żwir, i karmę (pojechałam po nie do Izy Milińskiej z Piotrkiem Wasiakiem. To mój redakcyjny kolega z łódzkiej Wyborczej. Jest jedną z kilku osób w redakcji, które mi pomagają i bardzo jestem im wszystkim za to wdzięczna). Tyle że w tym apartamencie siedzi teraz sam Dzidziuś. Wczoraj - po zastrzyku - widziałam, że smutno mu samemu, bo bardzo lubił do Herosa się przytulić. Teraz ma w klatce tylko butelkę z ciepłą wodą. Ale rzadko w niej przebywa, bo z reguły siedzi na czyichś rękach albo kolanach. Janka mówi, że będzie z niego bardzo przytulaśny kot i prawdziwa pociecha dla kogoś, kto zechciałby dzielić z nim dom.

Bo to chyba jasne, że dla Dzidziusia i Herosa szukamy domów? Może ktoś byłby chętny? Kociaki mają książeczki i wszelką pomoc Fundacji, o której jest mowa na stronie Kociej Mamy. Linkuje do niej logo obok. Tam są wszystkie szczegóły plus kontakt. A jeśli ktoś chce napisać do mnie, też zapraszam:) kociepodworko@gazeta.pl

Uprzedzam jednak. Dzidziuś musi się najpierw podleczyć, a dopiero później przeprowadzać.

sobota, 29 sierpnia 2009
Koci katar Dzidziusia

Zrobił się osowiały i zaczął kichać w środę. Całymi seriami. W czwartek Magda i Sławka (to moja starsza córka) zawiozły go więc do Czterech Łap. Tam doktor Justyna orzekła, że mały ma koci katar i zaordynowała mu zastrzyki. Po kroplówkach i zastrzykach, które robiłam Heli i Meli, nie są mi już straszne, ale nigdy nie przyzwyczaję się do tego bolesnego piśnięcia podczas wstrzykiwania lekarstwa. Antybiotyk, który od wczoraj podaję Dzidziusiowi, szczypie. Hela i Mela też tak mówiły. I płakały, jak tylko wkładałyśmy je w beret, żeby nie drapały nas podczas zastrzyku.

Zapas zastrzyków mamy na trzy dni. We wtorek - wizyta kontrolna. A kiedy mały wyzdrowieje, znajdziemy mu dom. Z dobrymi ludźmi.

Ale na razie strasznie dużo zamieszania jest z tym Dzidziusiem. Trzeba było zabrać z jego klatki Herosa, żeby się nie zaraził. Nieszczęśliwy wylądował w apartamencie Heli i Meli. Całe szczęście, że go zaakceptowały, bo trzeciej klatki Janka w swoim mieszkaniu już by nie przeżyła. Dzidziuś poczuł się jednak bardzo osamotniony i nie chce być panem na włościach. Płacze i wspina się chwiejnie po ściankach klatki, aż ktoś się nad nim zlituje i weźmie na ręce. A miękną wszyscy. Pan Ryszard, mąż Janki, ogląda z Dzidziusiem telewizję. Janka nosi kociaka na dłoni każdego wieczoru. A mały czuwa, czuwa i nagle pac... Łebek opada mu na brodę i śpi. Oczywiście na dłoni. Bardzo potrzebuje ludzkiego ciepła.

wtorek, 25 sierpnia 2009
Diable plotki i igraszki

Diabełek. Fot. Magda GrabowskaJestem bratem Mandaryna i Pipy. Mama - Cykusia - podrzuciła mnie na okno pani Janki. No to się mną zaopiekowała. Kiedy podrosłem i rozrabiałem w jej domu rozeźlona wołała: „diabeł wcielony nie kot”. I tak zostałem Diabłem. Bardzo eleganckim - z białą koloratką tam gdzie ludzie noszą krawaty. A poza tym mówiła, że jestem całuśny, bo jak wyciągała rękę w moją stronę, to ja wyciągałem do niej nos - podobno jak do pocałunku. Hm, też coś.

Bardzo dobrze dogaduję się z Mandarynem, a Pipa to jakoś tak własnymi drogami chodzi. Ją pierwszą mama oddała ludziom. Dopiero potem mnie.

Mały nie byłem specjalnie urodziwy. Fot. Magda Grabowska

Mały nie byłem specjalnie urodziwy.

A tu jestem z Pipą. Fot. Magda Grabowska

A tu jestem z Pipą.

Bardzo lubię noce. Ganiamy się wtedy z Mandarynem, Pipą i Kisią, skaczemy po drzewach. I takie ćmy fajne latają. Jak się im ten pyłek otrzepie ze skrzydeł, można je turlać i podrzucać, bo latać nie mogą. Wysoko do tych ciem skaczę. Ludzie mówią, że na metr, a może i wyżej...

Tu jestem już trochę podrośnięty. Ale wtedy rozrabiałem. Fot. Magda Grabowska

Tu jestem już trochę podrośnięty. Ale wtedy rozrabiałem.

Kiedyś często zaglądałem do domu pani Janki, ale tam ciągle pełno małych kotów. Najpierw była Rysia. Potem ludzie złapali jej trzy siostry: Ritę, Chudinkę i Plusię. Siedziały w takiej dużej klatce i uczyły się załatwiać do kuwety. Tak ludzie mówili. Kiedy siedziały w tej klatce to wszystkie cztery swoje łapy do mnie wyciągały i mnie zaczepiały. Raz strasznie mnie to zdenerwowało. Nafukałem na nie i poszedłem z domu obrażony. Ludzie znaleźli im w końcu dobre domy, ale ja do nich nie wróciłem, bo zaraz potem Magda pozbierała z podwórka córki Zezi - Helę i Melę. Ale okropne były. Zaropiałe i chore na koci katar. Kisia też miała koci katar jak była mała, ale tak strasznie nie wyglądała. A kiedy te dwie się podleczyły przybyły następne dwa - mały biały i bury.

A tu już jestem prawie duży ;) Fot. Magda Grabowska

A tu już jestem prawie duży ;)

Czasem je przez okno kuchenne podglądam. Jedna z tych czarnych, Hela, to paskuda. Wiecie, że próbowała łapami turlać tego małego białego? Tym najmniejszym czopkom (tak mówi o nich Magda) ludzie dali już imiona. Mały biały to Dzidziuś. Że niby taki słodki. Faktycznie przyjemny, ale z tego wyrośnie i co? Dalej tak na niego będą wołać? A ten buras to Heros. Podsłuchałem dziś, dlaczego. Herosem został z przekory - z ludzkiej przekory. Bo on wszystkiego się boi. Nawet jeść z tego strachu nie chciał. Pani Janka karmiła go nawet łyżeczką, jak człowieka, bo ze strzykawki nie dał się karmić. A z łyżeczki glamał. Teraz już je sam, tylko mało. I ludzie znów się tym martwią.

A w ogóle mówią, że fajny z niego kot będzie, bo zrobił kupę do kuwety. Też coś. Z drugiej strony, jak mało wystarczy żeby ich zadowolić...

Inna sprawa, że kiedyś uszczęśliwiłem ich tylko swoim widokiem. To było tak: miałem tasiemca i czułem się źle. Wtedy ludzie jeszcze tego nie wiedzieli. Schowałem się na kilka dni, bo wszystko mnie drażniło, ale to nie pomogło. Kiedy wyszedłem z kryjówki, bardzo się ucieszyli. Wypatrzyli wtedy, że mam jakieś jakby ziarenka ryżu przy pupie i po rozmowie z doktorem Aleksandrem z Czterech Łap wiedzieli już, że to tasiemiec. Nie dałem im się złapać na wizytę u niego. Dostali więc dla mnie tabletki. Kawałek jednej nawet zjadłem - z rozpędu, bo z moją ulubioną karmą była, ale potem już nie dałem się nabrać. Choć wkładali mi ją do gotowanej ryby. Tłumaczyli mi, że jeszcze tylko ten jeden raz powinienem ją zjeść, ale odmówiłem. Bo to było ohydne. Nawet muchy nie chciały siadać na rybie z tą tabletką, a ja miałem to zjeść?

Zmęczyłem się tym opowiadaniem. Idę pobawić się pająkiem. Kisia jakiegoś na podwórku złapała. Może jeszcze żyje. Duży był.

Krótko potem odszedłem z domu, bo małe spokoju mi nie dawały. Fot Magda Grabowska

Krótko potem odszedłem z domu, bo małe spokoju mi nie dawały.

Fot Magda Grabowska

23:26, joannagrabowska_net , Diabeł
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Rozterki Rudzi

Rudzia. Fot Magda GrabowskaMam około sześć lat. Ludzie wołają na mnie Rudzia. Przez jakiś czas byłam dla nich Złotą, bo w słońcu moje futerko „lśni jak drogocenny kruszec” - tak mówili - ale potem uznali, że mam plebejskie nawyki i poprzestali na Rudzi.

Nie rozumiem, dlaczego? Bo chyba nie dlatego, że siedzę pod oknami i obserwuję, z którego ktoś wyrzuci mi jakiś smakowity kąsek (choć z tego powodu śmieją się i przezywają mnie „dyżurna”). Nie dlatego też chyba, że często tarzam się w piasku, bo po prostu sprawia mi to przyjemność. I nie dlatego też chyba, że fukam ostro na nich i drapię, jak nie chcę być głaskana? W końcu każdy ma swoje humory. Ludzie też!

Rudzia zimą. Fot. Magda Grabowska

Rudzia zimą.

Bo nie wierzę, że inne koty poskarżyły się na mnie. Owszem, ten i ów dostanie ode mnie łapą po pysku, jak mi w talerz zagląda, albo nie dopuszcza do swojego. Ale to przecież nie powód, żeby od razu z językiem do ludzi lecieć.

Tot (z prawej) cofa się przed Rudzią. Z lewej - Zielonooka. Fot. Magda Grabowska

Tot (z prawej) cofa się przed Rudzią. Z lewej - Zielonooka.

A może to Tot na mnie nakablował? Ja się do niego przytulam, pokazuję, jak bardzo go lubię, a on ciągle się do mnie siedzeniem odwraca. Albo wstaje i znudzony odchodzi... Zupełnie nie go rozumiem. Jak można ignorować taką kotkę jak ja...

Rudzia walczy z aparatem fotograficznym. Fot. Magda Grabowska

Rudzia walczy z aparatem fotograficznym.

Jeśli ktoś ma na tym podwórku wredny charakter, to z pewnością nie ja. To już prędzej Pipa, która przez jakiś czas przyjaźniła się ze mną, nauczyła się wydłubywać łapą jedzenie z talerza, a potem nagle uznała, że będzie niezależna. I Tot też nie jest taki święty. Parę lat temu ktoś podrzucił na nasze podwórko Cykusię, która mnie później urodziła. Słyszałam od ludzi, że Tot pięknie się nią opiekował, jak była mała. Lizał ją, bawił się z nią i wszędzie chodził. Ludzie się śmiali, że hoduje ją sobie na żonę. Ale jej mężem nie został, ani moim ojcem, bo został wykastrowany. Skoro jestem córką Cykusi nie mógł, kiedy odeszła, na mnie przelać ciepłych uczuć, które czuł wobec niej?

Rudzia. Fot Magda Grabowska

To nie ma sensu. Po co ja się nad tym wszystkim zastanawiam. Lepiej pójdę pod okna. Może znów trafi mi się coś dobrego...

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Rudzia. Fot Magda Grabowska

Fot. Magda Grabowska

20:25, joannagrabowska_net , Rudzia
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 sierpnia 2009
Ryś, wyrzut sumienia Janki

Ryś. Fot Magda GrabowskaMieszkam na tym podwórku od jakichś trzech lat. I bardzo mi się tu podoba. Tutejsi ludzie dali mi nawet imię. Ryś.

Początkowo inne koty niespecjalnie mnie lubiły, zwłaszcza Tot, ale teraz już się jakoś godzimy. Tot dobrze to ujął: mijamy się z godnością. Ale wcześniej ciągle fukał na mnie i rzucał się do bicia. Wcale mu się nie dziwię. Wszystkie tutejsze kotki były moje: Zezia, Cykusia, Zielonooka. Z sąsiedniego podwórka też dwie uwiodłem: Jasną i Miłą. Kotek jest tu dużo więcej – Rudzia, Elegantka, Kisia, Pipa - ale jakoś nigdy się mną nie interesowały. Tot mi powiedział, że są wysterylizowane. Jeszcze niedawno nie wiedziałem, co to znaczy…

Trochę żałuję, że lekceważyłem kiedyś Tota i to, co miał mi do powiedzenia. A ciągle powtarzał: „drzyj gębę po nocach na innych podwórkach i nie posikuj na klatkach. Ludzie tego nie lubią. Uważaj, źle skończysz”.

Ryś, wyrzut sumienia Janki

„Co on tam może wiedzieć. Z zazdrości tak gada, bo stary już i kotki się nim nie interesują” - myślałem sobie. Ale na własnej skórze przekonałem się, że miał rację i chciał dobrze. A ja mu tyle razy futro przetrzepałem…

Ryś. Fot. Magda Grabowska

Któregoś wieczoru Łukasz, syn pani Janki zwabił mnie do kontenera na coś, za czym przepadam. Nie zdradzę, co to, bo licho nie śpi. Zamknął mnie w tym kontenerze i zostawił w ciemności. Prośbą i groźbą przekonywałem ludzi, żeby mnie wypuścili. A oni nic. Nie rozumieli najwyraźniej, choć zwracałem się do nich nawet tak pięknie i uwodzicielsko jak do kotek, które mi się podobały. Następnego dnia pani Janka zawiozła mnie do weterynarza. Przedstawiła jako dzikusa - widać, że pochodzi z innego kręgu kulturowego i nie wie, co to dzikość obyczajów – i zostawiła. Potem film mi się urwał, bo dostałem jakiś zastrzyk, a kiedy całkiem oprzytomniałem, byłem już u pani Janki. Usłyszałem, że mnie wypuści, jak tylko dojdę do siebie.

Ryś już po kastracji. Fot. Magda Grabowska

Ryś po kastracji wyraźnie miał depresję, ale już doszedł do siebie. Fot. Magda Grabowska

Usłyszałem też, że jestem wykastrowany. Co to znaczy, szybko się przekonałem. Głos mi się zmienił, bardziej chciało mi się jeść, kotki, owszem, nadal lubiłem powąchać, ale nic więcej. I nie mogłem kocurom z innych podwórek pokazywać, gdzie jest mój teren. Coś tam się udawało, ale to nie było to, co wcześniej.

Zrobiło mi się źle na świecie. Zniknąłem z podwórka na dwa dni, żeby to i owo przemyśleć. A wtedy ludzie się przestraszyli. Szukali mnie nawet. Słyszałem, jak mnie nawoływali, bo na sąsiednim podwórku byłem.

Ryś już po kastracji. Fot. Magda Grabowska

W końcu poszedłem pod okno pani Janki, bo tam zawsze dobre jedzenie było. Jak mnie zobaczyła to tak się ucieszyła, że aż jakąś potrawką dla juniorów mnie poczęstowała. „Chodź, Rysiu, chodź mój ty wyrzucie sumienia” – powtarzała.

Miła. Jej sterylizacja uratowała życie. Fot. Magda Grabowska

Miła. Jej sterylizacja uratowała życie.

Po tej kastracji łatwiej się dogaduję z kotami i kotkami z podwórka. Bo tu wszystkie są takie jak ja. Jasna i Miła z sąsiedniego podwórka pozwalają mi nawet ze sobą spać. Przyjemne z nich koteczki. Miła jest matką Jasnej. Dzieckiem którejś z nich i moim jest Transwet, ale już się w tym pogubiłem. Często z nimi przebywam, bo Magda i jej mama także nimi się opiekują. Miłej to nawet życie uratowały. Złapały ją do sterylizacji, a tu okazało się, że Miła miała już początki ropomacicza. Podobno przez koty i częste porody. No, nie wiem, nie wiem.

Jasna jest jedyną niewysterylizowaną kotką, któa pojawia się na naszym podwórku. Fot. Magda Grabowska

Jasna jest jedyną niewysterylizowaną kotką, któa pojawia się na naszym podwórku.

Początkowo Magda i jej mama karmiły Jasną, Miłą i Transwet na ich podwórku. Czekały aż zjedzą, sprzątały plastikowe talerzyki zostawiały jeszcze wodę w miskach i sobie szły. Ale jacyś pijani ludzie z balkonu parę razy wrzeszczeli do nich: „czego tu”, „kraść przyszły”, „zaraz się włamią do samochodu”. Chyba źle to znosiły, bo znalazły inne miejsce do karmienia. Przy siatce dzielącej podwórka, przy boisku do bouli. Pokazałem Miłej, Jasnej i Transwet, że spokojnie mogą tu przychodzić - przez dziurę, ale Jasna nie chciała. Miła i Transwet tak. I nawet im się tu spodobało, bo na ich podwórku tylko beton i beton, a tu tak zielono.

Transwet. Jeszcze nie wiadomo, chłopiec to, czy dziewczynka? Fot. Magda Grabowska

Transwet. Jeszcze nie wiadomo, chłopiec to, czy dziewczynka?

Wczoraj był wspaniały dzień. Jasna po raz pierwszy przyszła na nasze podwórko. Onieśmielona biegała na przykurczonych trochę łapkach, ale widać, że tu się jej spodobało. Magda z mamą stoją nieruchomo, tylko jedzenie podrzucają czasem na talerzyki, albo głaszczą wścibską Pipę, która zawsze podczas tych karmień im asystuje. Ładniutka ta Pipa.

Ryś po kastracji trochę się rozleniwił. Fot. Magda Grabowska

Ryś po kastracji trochę się rozleniwił.

Fot. Magda Grabowska

10:59, joannagrabowska_net , Ryś
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 sierpnia 2009
Białe z ulicy i Buras z drutu u lekarza

Małe białe z ulicy. Fot. Magda GrabowskaW piątek pojechałam z Magdą i kotami do weterynarza. I okazało się, że dobrze rozpoznałam płeć ostatnich dwóch kocich znajdek. Tak, tak, małe "białe z ulicy" i "buras z drutu" to chłopcy. Coś niezwykłego na naszym podwórku. Z dziewięciu kociaków, jakie w tym roku trafiły w nasze ręce, siedem było kotkami. Nie mamy nic przeciwko kotkom, wręcz przeciwnie. To nasze ulubienice. Ale zaczęłyśmy się zastanawiać, dlaczego nie rodzą się kocurki. Przecież jakaś równowaga w przyrodzie musi być.

Nie miałyśmy jednak racji, co do wieku kociaków. Zwłaszcza "białego z ulicy". Ma już ponad trzy tygodnie. Burasek z drutu. Fot Magda GrabowskaPokazały to ząbki. Starszy może mieć z sześć-siedem tygodni, choć też na tyle nie wygląda.

Kociaki zostały odrobaczone i odpchlone (chyba nigdy nie przyzwyczaimy się do tych stad pcheł spadających z kocich futerek - odrażające). Dostały też lekarstwa. Burasek ma antybiotyk. To dlatego, że w pyszczku ma zmiany - zaczerwienione dziąsła i język. - Znak, że coś się rozwija - orzekła dr Rabiega z lecznicy "Pies czyli kot". Białe z ulicy ma stan zapalny oczka. Będzie miał je smarowane maścią. Dwie czarnulki - Hela i Mela - przechodzą na tę samą maść. Całe szczęście, bo steryd i Naklof już się prawie skończyły i gdyby trzeba było podawać je dłużej musiałabym je dokupić. Za prawie 50 zł. Drogo trochę, zwłaszcza pod koniec miesiąca. ;)

Małe białe z ulicy. Fot. Magda Grabowska

Znajdki dostały też tabletki na podniesienie odporności. Kolejna wizyta - we wrześniu. Z Helą i Melą też. Wtedy okaże się, kiedy Hela będzie miała operację oczka i co dalej robimy z oczkami Meli.

Burasek z drutu. Fot Magda Grabowska

To tyle wieści o maluchach z naszego podwórka. Starsze koty opowiedzą o sobie już wkrótce. Prawdopodobnie będzie to nasz podwórkowy macho - Ryś.

Fot Magda Grabowska

piątek, 21 sierpnia 2009
Nazwali mnie Pipa i teraz się wstydzą

Pipa, oficjalnie Pipi. Fot Magda GrabowskaJestem najładniejszą kotką na tym podwórku. Z mamy Cykusi i tatusia nieznanego, ale może być nim Ryś. O tym, że jestem najładniejsza wiem, bo każdy, kto przechodzi przez nasze podwórko od razu zachwyca się mną i chce mnie głaskać.

Fakt piękne mam futerko, niby szaro-bure, ale w niezwykłe wzory. Po bokach kręgi, na grzbiecie pręgi i pełno cętek wszędzie. Nieduża jestem. Wszyscy myślą, że mam kilka miesięcy, a na początku lata minął mi już rok.

Moją mamę słabo pamiętam, bo podrzuciła mnie ludziom. Mała byłam - może dwutygodniowa. Nie umiałam jeszcze samodzielnie pić i jeść. Pani Janka karmiła mnie pipetą. I stąd to moje nieszczęsne imię „Pipa”. Ciągle mówiła do syna albo męża daj mi tę pipkę - o pipecie - aż zaczęłam sama na to reagować. I zostałam Pipą.

Moje imię nikomu jednak nie przeszkadza. Chyba. Bo i tak wszyscy mnie podziwiają.

Pipa rok temu. Fot Magda Grabowska

Pipa rok temu. Już odchowana.

Pipa rok temu. Fot Magda Grabowska

Ale jak powieźli mnie do weterynarza, to sami się tego imienia zawstydzili i nazwali mnie Pipi, że niby taka dziewczynka w jakiejś ksiażce była. Dlatego Pipi mam w książeczce zdrowia.

Pipa dziś. Fot Magda Grabowska

Pipa dziś. To rzadka chwila, kiedy nie jest w ruchu.

Długo mieszkałam z rodziną pani Janki. Najbardziej lubił mnie pan Ryszard, mąż pani Janki. Ciągle mnie nosił na rękach i głaskał. Miałam nawet wstęp do pokoi, do których innym kotom wchodzić nie wolno. Ale potem wybrałam wolność. Biegam teraz po dworze z innymi podwórkowcami i pozwalam ludziom patrzeć na mnie.

To wyjątkowo ciekawska kotka. Wszedzie jej pełno. Fot Magda Grabowska

Do domu wpadam rzadko, bo tam tłoczno się zrobiło. Mało że siedzą Hela i Mela, to jeszcze ostatniej nocy przybyła dwa mniejsze koty. Biało-bury i bury. Młodszy i starszy. Ludzie kwilą nad nimi jak nienormalni, zachwycają się i żałują ich, kręcą się przy nich jak przy pępkach świata aż trudno wytrzymać. Rozumiałabym, gdyby mi tyle uwagi poświęcali, bo jest co podziwiać, ale tamte? Dwie półślepe, trzecie zapchlone a czwarte - to bure - tak przerażone, że jeść nie chce. Tylko drży.

Kiedy się bawi, zabawnie marszczy nos. Fot Magda Grabowska

Kiedy się bawi, marszczy nos. Zawsze.

Czasami pani Janka mówi, że mam paskudny charakter. Nie wiem, co chce przez to powiedzieć. Przecież pozwalam jej od czasu do czasu się pogłaskać... Fukam tylko, gdy tego nie chcę. A że nie potrafię zachwycać się takimi małymi to chyba nic dziwnego? Zresztą, to przez nie ludzie mają dla mnie mniej czasu. A ja potrafię tak ładnie mruczeć. Magdzie to jeszcze wspinam się na kolana, jak przykucnie. Raz udało mi się ją nawet pocieszyć, kiedy była smutna. To było wtedy, gdy Zezia umarła. Tak długo trącałam jej buzię noskiem, że się wreszcie do mnie uśmiechnęła i zaczęła normalnie głaskać, a nie jak jakiś robot.

Pipa podczas toalety. Fot Magda Grabowska

Pipa podczas toalety.

Z Magdą i jej mamą często chodzę wieczorem na boisko do bouli (to jakaś francuska gra z takimi śmiesznymi kulami) karmić koty z sąsiedniego podwórka. Następnym razem wam o nich opowiem. Nawet fajne są, zwłaszcza jeden. Ludzie mówią o nim Transwet, bo nie wiedzą, czy to chłopiec, czy dziewczynka. Oswajają dzikusa, żeby mu pod ogonek zajrzeć. Ależ mają zwyczaje...

Ja też go oswajam, bo chcę, żeby się ze mną bawił. Na razie tylko patrzy na mnie zdumiony. Dziwny jakiś...

Fot Magda Grabowska

14:35, joannagrabowska_net , Pipa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 sierpnia 2009
Nie miała baba kłopotu, wyruszyła szukać kotów

To były dwie bardzo emocjonujące godziny. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.

Najpierw nakarmiłyśmy wszystkie nasze koty, czyli dziesięć, dwa dochodzące i trzy z sąsiedniego podwórka. Sąsiad z mojej klatki nazywa je trzódką i śmieje się, że ta dziesiątka zawsze melduje się o stałej godzinie. Faktycznie stawiają się karnie przed naszą klatką i czuwają.

Buras ma około cztery tygodnie. Fot. Magda Grabowska

Buras ma około cztery tygodnie.

Ale nie o tym chciałam pisać. Po karmieniu przeszłam się z Janką, Magdą i Łukaszem, synem Janki, na sąsiednie podwórko. Pomyśleliśmy, że może tam znajdziemy porzucone rodzeństwo białego kociaka, którego znajomy nastolatek (a nie dziecko ;)) przyniósł do Janki przed godz. 21. Nie było. Ale po kolczastych drutach wieńczących ogrodzenie siatki niemrawo poruszał się bury kotek. Pozwolił się zdjąć Łukaszowi z tych kolców i teraz okupuje wiklinowy kosz u Janki. Jest bardzo ładny, czysty i wygląda zdrowo. Bez ceremonii zajrzałam mu pod ogonek, by sprawdzić płeć. O ile się na tym znam, to chłopiec. Ma ze cztery tygodnie.

Fot. Magda Grabowska

A to małe białe - a właściwie biało-bure - ma ledwie dwa tygodnie. Chyba jeszcze nie widzi dobrze na te swoje niebieskie ślepia, bo kiedy błyskała lampa od aparatu, nawet ich nie mrużyło. Też wygląda na chłopca, ale za młode to stworzenie, żeby być tego pewnym. No i będzie kłopot z jego karmieniem. Wprawdzie poradził sobie z rozcieńczonym mlekiem dla kociaków, ale trzeba będzie go często karmić. A tu wszyscy pracują. Musimy coś wymyślić.

Oba znalezione wczoraj maluchy. Widać różnicę wieku, prawda? Fot. Magda Grabowska

Oba znalezione wczoraj maluchy. Widać różnicę wieku, prawda?

Zastanawiam się, skąd dwutygodniowy kociak wziął się na ruchliwej, śródmiejskiej ulicy. Obawiam się, że ktoś go tam porzucił. To cud, że znalazł go ten znajomy nastolatek Janki. I że nie przeszedł obok obojętnie jak wielu ludzi, którzy się tam przewinęli, tylko wziął go na ręce i poszukał opieki. I jeszcze niepewnie pytał Jankę: - Dobrze zrobiłem?

Pewnie, że dobrze. Jutro z buraskiem, małym-białym, z Helą i Melą jedziemy z Magdą do lekarza. A potem - poszukamy im domów.

Fot. Magda Grabowska

Przy tych wszystkich wieczornych emocjach zapomniałam napisać, że kocia Ewa, która spadła z drzewa ma już dom. Trafiła do niego dziś. Jutro więcej o tym napiszę.

Fot. Magda Grabowska

Fot. Magda Grabowska

 
1 , 2 , 3